Szwagierki Diabła Frydlanckiego

JAROSŁAW LESZCZEŁOWSKI

(fragment powstającej książki o dziejach Mirosławca – wersja robocza – przepraszam za liczne literówki)

W poprzednim rozdziale mogliśmy przekonać się jak bardzo skomplikowane były stosunki własnościowe w posiadłościach mirosławieckich jeszcze za życia Jerzego von Wedla (Frydlanckiego). Już wtedy dochodziło do sporów majątkowych lecz nie były to wydarzenia, które wstrząsałyby całą okolicą. Jerzy von Wedel uchodził za niekwestionowanego dziedzica miasta, zamku i znacznej części mirosławieckich posiadłości ziemskich. Sytuacja uległa radykalnej zmianie po jego śmierci, gdyż nie miał on męskich potomków, za to aż osiem córek, które wychodziły za mąż za przedstawicieli miejscowych rodów szlacheckich. Zapiski w archiwach wyraźnie wskazują, że 1577 r., kiedy po raz pierwszy odnotowano Jerzego Frydlanckiego jako zmarłego, jego posiadłości przypadły córce Elżbiecie von Wedel (Frydlanckiej) i jej ambitnemu małżonkowi Henrykowi von Blankeburg. Taka była zapewnie decyzja Jerzego, jednak pozostałe córki Wedla z Mirosławca nie zamierzały łatwo zrezygnować z przysługujących im części ojcowizny. W wałeckich księgach grodzkich łatwo odnaleźć imiona wszystkich córek, które również były spadkobierczyniami Jerzego: Dorota – żona Stanisława Tuczyńskiego, Katarzyna – żona Heninga von Borcke, Urszula – wdowa po „zmarłym Hercenbergu”(Ernest von Borcke), Barbara żona Krzystofa Pudwelsa oraz Anna, Elżbieta Młodsza (dla odróżnienia od starszej siostry żony Henryka) i Ewa. Wszystkie te niewiasty zostały w księgach nazwane „dziedziczkami w Friedlandzie” i „córkami zmarłego Jerzego Fridlanskiego” .

Osiem córek dysponowało więc prawami do spadku po zmarłym właścicielu Mirosławca. Za ich plecami stali ich małżonkowie, będący przedstawicielami znaczących rodów szlacheckich. Panowie ci mieli niewątpliwie chrapkę na schedę po zmarłym Jerzym i ze swych praw nie mieli zamiaru łatwo rezygnować. Awantura była więc nie do uniknięcia. Jednak fakt, że ten majątkowy spór przybrał rozmiary małej wojny, należy chyba tłumaczyć cechami charakteru Henryka von Blankenburga, który był osobą wyjątkowo agresywną, arogancką i pozbawioną skrupułów. Dochował się nawet przydomka „Diabła Frydlanckiego” i nie zamierzał polubownie załatwiać sporów majątkowych.
Niemal wszyscy badacze dziejów regionu wyliczają długą listę występków Diabła Frydlanckiego, które doskonale obrazują mroczną duszę Henryka von Blankenburga. Miał on być prawdziwym utrapieniem dla wałeckich starostów i sędziów grodzkich. Siał grozę wśród swych poddanych: chłopów i mieszczan. Dla zyskania dodatkowych przychodów nie cofał się przed użyciem siły. Chłopom z Nadarzyc odebrał ziemię uprawną, którą ci pozyskali wytrwale karczując las. W 1580 r. bezprawnie nakładał cła za przejście przez jego ziemie na chłopów z Witankowa, którzy transportowali zboże do Kołobrzegu. Podczas pobytu w Poznaniu postanowił zastraszyć miejscowych mieszczan, paradując po starym rynku z oddziałem 22 pachołków uzbrojonych w muszkiety. Nie obawiał się nawet królewskiego gniewu, czemu dał wyraz zakładając prywatny folwark na królewskiej ziemi. Powszechne potępienie wzbudził mord dokonany z jego rozkazu. Diabeł Frydlancki rozkazał mianowicie publicznie spalić na stosie niewinną kobietę .
Henryk von Blankenburg czuł się bezpiecznie za murami mirosławieckiego zamku, więc nie niepokoił go fakt, że wśród swych sąsiadów miał coraz więcej wrogów. Jednak już dwa lata po objęciu mirosławieckiej posiadłości, w 1579 r., po raz pierwszy powinęła mu się noga. Heinrich w towarzystwie kilku sług udał się na połów ryb, żeby dostarczyć je na biesiadę weselną swej młodszej siostry. Takiej okazji nie przepuścił skłócony z Blankenburgiem Ruediger von Wedel z Drawna, który zebrał silny oddział konny i zaskoczył Heinricha podczas połowu. Diabeł Frydlancki został pochwycony i uwięziony w drawieńskim zamku . Teraz Heinrich nabrał rozsądku na tyle, żeby przed sądem w Kostrzyniu zawrzeć ugodę z Ruedigerem, który pewnie miał udziały w Mirosławcu. Po zaspokojeniu roszczeń Wedla z Drawna von Blankenburg został uwolniony.
W latach osiemdziesiątych XVI wieku Heinrich von Blankenburg toczył gorący spór ze swą szwagierką, córką Jerzego von Wedla, Barbarą. Wedlówna poślubiła Krzysztofa z Pudwelsa (von Pudewilsa), który posiadał wraz z bratem połowę wsi Hanki. Pudwelsowie żyjący na ziemi mirosławieckiej stanowili odgałęzienie pomorskiego rodu, który wzmiankowany był po raz pierwszy w 1347 r.
Głównym przedmiotem sporu była rzekoma zależność lenna Pudwelsów z Hanek od Jerzego von Wedla i w konsekwencji od jego spadkobiercy Henryka von Blankenburga. Według tego drugiego Pudwelsowie byli tzw. manami mirosławieckich Wedlów i winni im byli określone lenne świadczenia. Henryk zamierzał wyegzekwować swe prawa w tym zakresie. Tymczasem Pudwelsowie twierdzili iż są dziedzicznymi posiadaczami części wsi Hanki i z tego tytułu nikomu żadnych świadczeń nie są winni. Wersję Pudwelsów zdaje się potwierdzać fakt, iż córka Jerzego von Wedla poślubiła Krzysztofa Pudwelsa, co wskazywałoby raczej na wysoki status dziedziców z Hanek. W zapiskach archiwalnych nie znajdziemy natomiast śladów pretensji Barbary Pudwels z domu von Wedel do Henryka von Blankenburga dotyczących spadku po jej ojcu Jerzym. Widocznie Barbara wychodząc za mąż za Krzysztofa Pudwelsa otrzymała stosowny posag. Z Diabłem Frydlanckim ostry spór toczyli jej synowie, których Barbara oczywiście wspierała. W latach osiemdziesiątych XVI w., kiedy rozgorzał ten konflikt, mąż Barbary – Krzysztof już nie żył.
W 1586 r. syn Barbary Wolfgang Pudwels przed sądem grodzkim w Wałczu wezwał Henryka von Blankenburga do okazania wołów, które Henryk zagarnął w Hankach jednemu z chłopów poddanych Wolfganga. Przed obliczem tego sądu Wolfgang zaprezentował konia, którego w rewanżu zabrał w Hankach chłopu, który był poddanym Blankenburga .
Niedługo po tym incydencie Henryk von Blankenburg postanowił udowodnić, iż Pudwelsowie z Hanek są w istocie jego lennikami i winni mu są określone świadczenia jako seniorowi. Innymi słowy Pudwelsowie byliby tzw. manami mirosławieckich Wedlów i ich spadkobiercy Henryka. Status mana i jego zależność od szlachcica wyższej rangi czyli seniora był reliktem przeniesionym z Niemiec i nie występował w innych regionach Rzeczpospolitej, gdzie szlachta miała formalnie równe prawa. W powiecie wałeckim występowała natomiast do XVII stulecia zależność feudalna między drobnym rycerstwem niemieckim (manowie) a bogatszą szlachtą (seniorzy). Senior nadawał ziemię manowi, który jako wasal był zobowiązany z tego tytułu do określonych świadczeń, m. in. do zbrojnej służby konnej oraz do opłat z tytułu uprawianej ziemi. Ponadto suweren miał prawo do sprawowania sądu, w celu rozpatrywania spraw swych wasali. Były to tzw. sądy mańskie.

Pudwelsi herby

Herby Pudwelsów/Pudewilsów według herbarzy Kaspra Niesieckiego, Johanna Siebmachera oraz Pomorskiej Księgi Herbowej

Henryk von Blankenburg chciał więc udowodnić, że Pudwelsowie są jego wasalami, a będąca w ich posiadaniu połowa Hanek jest w istocie jego własnością jako suwerena. W tym celu przywiódł przed wałecki sąd grodzki dwóch świadków Jerzego i Wawrzyńca Thornów (lub Turnów), którzy byli manami we wsiach Chwiram i Strączno. Jerzy Turno zeznał, iż służąc jako man dwadzieścia lat zmarłemu Jerzemu Wedelskiemu (von Wedel lub Frydlancki) „widział, iż Krysztof Pudwels, mieszkając w Henkiendorfie (Hanki) słał zawsze jednego konia ku potrzebie panu Wedelskiemu i Wedelski sądził go (Krzysztofa Pudwelsa), gdy ten jaką sprawę z kim miał”. Podsumowując swe zenanie Jerzy dodał, „że ten to pan Krzysztof Pudwels man jego (Jerzego von Wedla) beł.” . Jerzy Turno wskazywał więc, że zięć Jerzego von Wedla, Krzysztof Pudwels, był manem swego teścia i służył mu konno w razie potrzeby wojennej oraz podlegał sądowi mańskiemu sprawowanego przez właściciela Mirosławca. Wawrzyniec Turno zeznał natomiast, że „pewnego roku na świętego Mateusza” kiedy Jerzy von Wedel miał potrzebę wyjazdu do Poznania Krzysztof Pudwels służył mu jednym koniem. Ponadto Wawrzyniec miał być świadkiem rozmowy Krzysztofa z pewnymi pomorskimi szlachcicami. Krzysztof zapytany od kogo Pudwelsowie otrzymali majętność na ziemi mirosławieckiej odrzekł, że „nie od kogo inszego jeno od pana Jerzego Wedelskiego” .
Przed sąd wałecki stawili się następnie bracia Wolfgang i Fryderyk Pudwelsowie, którzy stanowczo oświadczyli, że są wolni od wszelkiej zależności lennej i swe dobra w Hankach i Orle otrzymali drogą dzidziczenia . Pudwelsowie podjęli też działania żeby podważyć niekorzystne zeznania Turnów. Zwrócili się mianowicie do obecnego suwerena manów Jerzego i Wawrzyńca Turnów – Stefana Grodzieńskiego (lub Grudzińskiego) z Nakła. Pod naciskiem swego suwerena Turnowie zmienili swe zeznania, twierdząc:

„że nie wiemy, by panowie Pudwelsowie manowie beli nieboszczyka pana Jerzego Fredlandzkiego albo Wedelskiego jedno o tem wiemy, że matka ich będąc wdową a nieboszczyk pan Wedelski opiekunem będąc panów Pudwelsów, dała beła dwakroć konia na okazowanie do Poznania kiedy król Jego Mość Henryk wjeżdżał. Co się dotyczy sądzenia ich przed panem Wedelskim z poddanemi panów Pudwelsów tedy to, że jako opiekun sprawiedliwość czynił z niemi”

Innymi słowy Turnowie stwierdzili, że o zależności lennej niczego nie wiedzą. Natomiast utrzymywali, że Jerzy von Wedel był jakoby opiekunem Pudwelsów, co brzmi wiarygodnie, gdyż Wolfgang i Fryderyk byli przecież wnukami Jerzego Frydlanckiego. Po śmierci Krzysztofa Pudwelsa, Jerzy sprawować mógł opiekę na owdowiałą Barbarą oraz jej pozbawionymi ojca synami.
Niezadowolony z takiego obrotu spraw Henryk von Blankenburg poszukał innych świadków. Tym razem byli to mirosławieccy mieszczanie Joachim i Franciszek Hassowie, którzy byli poddanymi Henryka i znajdowali się pod jego bezpośrednim wpływem. Nie było więc zagrożenia odwołania zeznań.
W 1588 r. Joachim Hasso zeznał iż:

„nieboszczyk pan Michał Pudwels stryj panów Pudwelsów, także Krzysztof Pudwels ociec tychże panów, czynili posługę koniem Jakubowi Wedelskiemu i Jerzemu, jednak nie wiem jeśli z powinności, jeśli za pieniądze.”

Zeznający nie rozstrzygał więc, czy chodziło o zależność lenną, czy też Jerzy i jego ojciec Jakub von Wedel płacili Michałowi i Krzysztofowi Pudwelsom za usługi. Z takiego niejednoznacznego zeznania swego poddanego Henryk von Blankenburg nie mógł być raczej zadowolony. Dużo korzystniejsze dla Henryka było zeznanie Franciszka Hasso, gdyż wskazywało jednoznacznie, że Pudwelsowie byli manami Wedla, który miał nie tylko odbierać lenne świadczenia, ale sądził wszelkie sprawy swych manów z rodziny Pudwelsów:

„Pan Krzysztof Pudwels ociec teraźniejszych służeł zawsze koniem albo pachołka swego posłał szlachetnemu panu Jerzemu Wedelskiemu. I kiedy sprawiedliwości potrzebował, tedy nigdzie jeno u pana Wedelskiegogo, także gdy z nich sprawiedliwości żądano ze Złotowa o porąbaniu sosien, tedy sprawiali się przed panem Wedelskim” .

Pomimo starań, Henryk nie zdołał zmusić Pudwelsów drogą sądową do poddaństwa. Zeźlony wtargnął do wsi Hanki i zrabował Wolfgangowi Pudwelsowi 500 owiec. W 1589 r. za ten niecny czyn Frydlanckiego Diabła matka Wolfganga i szwagierka Henryka – Barbara Pudwels z domu von Wedel .
Ostatecznie spór został rozstrzygnięty na rzecz Pudwelsów a właścicielem połowy Hanek został Wolfgang Pudwels, który wykupił udziały swych braci Ernesta i Fryderyka za 6000 talarów . Trzeba przyznać, że spór z Pudwelsami przebiegał raczej spokojnie w porównaniu do wcześniejszych i późniejszych wydarzeń.

panie frydlanckie

Córki Jerzego von Wedla i jego spadkobierczynie wraz ze swymi małżonkami. Opr. J. Leszczełowski

17 lutego 1589 r. zmarła żona Henryka i córka Jerzego Frydlanckiego, Elżbieta von Blankenburg z domu von Wedel. Przed śmiercią ukończyła 40 lat. Jej doczesne szczątki spoczęły w krypcie mirosławieckiego kościoła. Śmierć Elzbiety otwierał nowy i krwawy rozdział konfliktu o mirosławiecki posiadłości. Za życia swej żony Diabeł Frydlancki nie mógł walczyć z jej siostrami i swoimi szwagierkami z całą bezwzględnością, zaś po śmierci Elżbiety wszystkie tamy runęły. Doszło nawet do tego, że Henryk von Blankenburg w sposób nierycerski spoliczkował swe szwagierki. Czara goryczy się przelała. Małżonkowie córek i spadkobierczyń Jerzego von Wedla postanowili siłą upomnieć się o swe prawa do spadku. Kryjąc się za murami swego zamku, Henryk początkowo drwił sobie z oburzenia swych oponentów, ale tym razem nie docenił ich determinacji.

Córki Jerzego próbowały najpierw szukać sprawiedliwości w sądzie. W 1593 r. pojawił się następujący pozew:

„Szlachetna Katarzyna Frydlanczka, wdowa po zmarłym Heningu Borku, w imieniu Barbary, żony Joachima Junterberka Kaliskiego (Joachim v. Guntersberg – przypis autora), i panny Elżbiety, sióstr swych rodzonych Frydlanckich, spadkobierczyń zmarłego Jerzego de Wedel Frydlanckiego przeciw Henrykowi Blankembergkowi o bezprawne zagarnięte ojcowizny…”.

Trudno było jednak dojść sprawiedliwości w sądzie, dlatego w 1594 r. szwagrowie Henryka, którzy czuli się poszkodowani brakiem należnych im wypłat tytułem spadku po Jerzym Frydlanckim, zjednoczyli swe siły. Wsparci przez swe rody sformowali pokaźny oddział, na którego czele stanął doświadczony żołnierz i właściciel Bronikowa (niem. Brunk) Krzysztof von Anklam zwany w Polsce Bronikowskim. Oddział został wystawiony i wyposażony za pieniądze licznych i zamożnych rodzin skoligaconych z córkami zmarłego Jerzego Frydlanckiego. Mając na uwadze konieczność szturmowania mirosławieckiego zamku pozyskano nawet artylerię. W tej iście wojennej wyprawie wzięli udział Guntersbergowie z Kalisza Pomorskiego, Borkowie z Łobza, Golczowie z Broczyna i Rzepowa oraz Śmiełowscy. Udział Borków wynikał z faktu, że dwie córki Jerzego von Wedla – Katarzyna i Urszula były wdowami po zmarłych Henningu i Erneście von Borcke. Ta druga zdążyła wyjść zresztą ponownie za mąż, a jej wybrankiem był sekretarz Zygmunta III Wazy – Piotr Śmiełowski – co tłumaczy udział w ataku na Mirosławiec Śmiełowskich. Dodajmy też, że w 1595 r. wspomniana powyżej wdowa po Erneście, Katarzyna poślubiła kolejnego Borka o imieniu Bernarda. Związki sióstr Frydlanckich z magnacką rodziną von Borcke były więc bardzo silne. Joachim von Guentersberg był z kolei małżonkiem Barbary Frydlanckiej, którą poznaliśmy już omawiając spór o Hanki. Wydaje się, że to właśnie Joachim był głównym motorem wyprawy. To on zachęcił do udziału w wyprawie swego zięcia Sebalda Golcza z Broczyna, którego wsparł z kolei brat Jan Golcz z Rzepowa.

Dobrze przygotowana wyprawa, prowadzona przez doświadczonego dowódcę zaskoczyła Diabła Frydlanckiego, który próbował bronić się w zamku, lecz kiedy działa poczęły kruszyć mury mirosławieckiej twierdzy Henryk salwował się ucieczką ma Pomorze[6].

Zwycięzcy zajęli zamek, miasto i wsie należące do Blankenburga. Celem wyprawy było nie tylko wypędzenie Henryka, lecz przede wszystkim zmuszenie go do wypłacenia należnych udziałów w spadku po Jerzym Frydlanckim. Skoro Henryk uciekł zdobywcy Mirosławca postanowili odebrać swe należność, rabując mirosławiecką posiadłość. Nie chodziło jedynie o spadek, lecz o zwrot kosztów zorganizowania wyprawy, a ponadto takie przedsięwzięcie powinno przynieść zyski jego uczestnikom. Innymi słowy rabowano wszystko co przedstawiało jakąkolwiek wartość. Wartość przejętych zapasów sięgała 15 000 florenów. Zrabowane kosztowności i stroje warte były odpowiednio 20 000 i 4 000 florenów. Przejęto również dokumentu potwierdzające wszelkiego rodzaju przywileje gospodarcze, których wartość szacowano, pewnie z przesadą, na 200 000 florenów. Wojacy zabrali również wszystkie stada bydła. Organizatorzy mirosławieckiej rejzy musieli być więc ukontentowani, gdyż inwestycja w uzbrojenie oddziału zwróciła się z nawiązką.

020_schweres_geschuetz_um_die_wende_des_16_jahrhunderts

Szesnastowieczna artyleria

Listę inspiratorów i uczestników wyprawy wojennej na Mirosławiec znamy między innymi z zapisów archiwalnych w wałeckich księgach grodzkich, gdyż po swej klęsce Henryk von Blankenburg pozwał przed wałecki sąd organizatorów napaści: „Krzysztofa Anklam Bronkowskiego, Dorotę Frydlandzką wdowę po zmarłym Stanisławie Tuczyńskim, Joachima Gunterbergka i Barbara Frydlancką małżonkę jego, Jana i Sebalda Golcze, Katarzynę wdowę po zmarłym Heningu Borku, Urszulę wdowę po zmarłym Erneście Borku, obecnie żonę Piotra Śmiełowskiego, Elżbietę pannę”.

Po ucieczce Diabła Frydlanckiego zamek i miasto przejął mąż Barbary Frydlanckiej Joachim von Guentersberg z Kalisza Pomorskiego. Joachim był też współwłaścicielem wsi Giżyno i Łowicz Wałecki, które przekazał swej córce Elzbiecie von Guentersberg, gdy ta poślubiała Sebalda Golcza (von der Goltza) z Broczyna. Joachimowi udało się też namówić swego broczyńskiego zięcia do udziału w wyprawie na Mirosławiec. Do Sebalda dołączył jego brat, Jan Golcz z Rzepowa. Po zajęciu miasta Joachim zdecydował się przekazać lub sprzedać swe prawa do Mirosławca Sebaldowi Golczowi, gdyż ten cieszył się w regionie opinią doświadczonego wojownika i zabijaki. W taki sposób na kilka lat panem Mirosławca został Sebald Golcz.    Po swym ojcu Sebald odziedziczył część posiadłości rzepowskiej oraz połowę Broczyna „Das Andere Dorf” (Brocz II), gdzie wybudował swój dwór.

O cechach charakteru Sebalda Golcz możemy dowiedzieć się nieco z zapisów w wałeckich księgach grodzkich i ziemskich. W swej zapalczywości Golcz nie dorównywał Diabłowi Frydlanckiemu, lecz do aniołków z pewnoscia nie nalezał. Sebald wdawał się w sąsiedzkie awantury, podczas których dość szybko chwytał za szablę, czekan lub samopał. W 1596 r. w bójce ze swym krewniakiem Chrystianem Golczem z Broczyna I, poturbował mocno tego ostatniego. W wałeckich księgach czytamy: „szlachetny Chrystjan Golcz, syn Jana de Brocz sędziego surrogackiego grodzkiego wałeckiego okazuje rany zadane przez Sebalda Golcza.

Jak widać, pobity przez Sebalda Chrystian udał się do sądu i jako dowód zaprezentował swe rany. O wyniku rozprawy nic nie wiadomo.

Około 1600 r. będąc jeszcze panem Mirosławca Sebald Golcz dopuścił się niewątpliwie zbrodni zabójstwa. Szlachcic z ziemi pomorskiej, Andrzej von Brezen, brat rodzony nieżyjącego Krzysztofa von Brezen złożył pozew do sądu przeciwko Golczom, za to, że Sebald Golcz na drodze do zamku Frydlandzkiego (Mirosławieckiego) zastrzelił tegoż Krzysztofa. Teraz brat zabitego żądał wypłaty pogłównego, czyli pieniężnej rekompensaty za zabójstwo.

Wróćmy do wątku sporu o Mirosławiec. Po zbrojnym zajęciu tego miasteczka przez szlachtę skoligaconą z siostrami Frydlanckimi Henryk von Blankenburg próbował szukać pomocy w wałeckim sądzie grodzkim. Złożył oczywiście pozew przeciwko uczestnikom napadu, ale nie przyniosło to żadnych efektów, gdyż jego szwagierki odpowiedziały również serią pozwów.

W 1594 r. Ewa Frydlancka, która poślubiła właściciela Kutna i podkomorzego gostynińskiego, Stanisława Kuczyńskiego machnęła ręką na swe prawa do udziałów w posiadłości mirosławieckiej, przekazując je swej siostrze Elżbiecie Młodszej. Stosowny dokument został wystawiony w Gostyninie, a oblatowany w wałeckim sądzie. Oblatowanie znaczyło przeniesienie dokumentu właściwych akt sądowych. Innymi słowy nabyte przez Elżbietę prawa zostały wpisane do wałeckich akt wieczystych. Stosowny zapis brzmiał::

Oblat z grodu Gostyniń rok 1594. Szlachetna Ewa de Wedel Frydlandzka, córka zmarłego Jerzego, obecnie żona szlachetnego Stanisława Kuczyńskiego, dziedzica w mieście Kutno, podkomorzego gostynińskiego, całe części w mieście Frydlandek i wsiach Henkendorff (Hanki), Sado (Sadowo) i Łowicz w powiecie wałeckim przypadłe jej z działu ze swymi siostrami rodzonymi, siostrze Elżbiecie, żonie Jana Kalińskiego pisarza łęczyckiego na wieczność ceduje[5]

Warto zwrócić uwagę, że Mirosławiec bardzo często określany był w XVI stuleciu jako Frydlandek.

Po klęsce zadanej mu przez szwagrów Henryk musiał nieco spokornieć, gdyż w 1599 r. doszło do ugody z dwoma szwagierkami w sprawie podziału miasta i mirosławieckiej posiadłości. Zachowany w wałeckich księgach grodzkich i ziemskich precyzyjny opis tego podziału zawiera mnóstwo informacji o ówczesnym Frydlandzie.

Miasto i zamek podzielone zostało na dwie części między Henryka v. Blankenburga a dwie siostry Frydlanckie: Barbarę v. Guntersbeg i Elżbietę Kalińską. Siostry otrzymały połowę zamku, „stary browar na przygródku”, połowę podwórza z wjazdem i z ogrodami, dwa inne ogrody, połowę ogrodów zwanych Mitthewen, chmielnik, 4 stawy (Starczedik, staw przy jeziorze Korytnica, miejsce na staw przy strumienie Chrestiankenflis) oraz staw powyżej starej cegielni), jeziora Sadowo Wielkie, Christianensis Lacus Maior, Pekfol, połowy jezior: Korytnica i Kawiec Wielki, 3 łąki: przy strudze Judenflis, przy rzece Korytnica i przy strudze Glauserei[7].

1510588_358355837668573_8458905895391460133_n

Wjazd na podwórze zamkowe w Mirosławcu na międzywojennej pocztówce

Henryk v. Blankenburg otrzymał natomiast drugą połowę zamku, stajnię na przygródku, połowę podwórza, przy czym musiał zbudować sobie nowy wjazd, błoto zwane Wpłocie, połowę ogrodów zwanych Mitthewen, chmielnik, browar, staw Sprinkdik oraz miejsce na staw powyżej starej cegielni przy strudze Chrestiankenflis, jeziora Sadowo Małe, Kawiec Mały, Rokarwycz, połowy jezior Korytnica i Kawiec Wielki, 5 łąk: Karwiczwysze, dwie przy strudze Judenflis, łąkę w lesie przy strudze Glauserei ku wsi Sadowo, starą łąkę przy granicy z wsiami Hanki i Sadowo .
Obie strony miały prawa do ulicy prowadzącej od miasta do zamku, łąki, olszyny i błota nad rzęką Korytnica (Breitenflies) aż do ogrodów Mitthewen, folusz wodny, młyn pod miastem, strugi, błota i bagna koło miasta. Patronatu nad kościołem luterańskim miały sprawowały siostry Frydlanckie wspólnie z Henrykiem von Blenkenburgiem. Sołectwo albo wójtostwo służyć będzie na przemian co roku innej stronie. Wymieniono obowiązki wójta, które polegały jeździe z wełną i miodem do Poznania lub Gorzowa, przewożeniu sieci rybackich z jednego jeziora na inne. Co ciekawe podzielone na dwie połowy miasto miało mieć dwóch burmistrzów .
W dokumecie podziału miasta wymieniono następujące następujące obiekty terenowe: strumienie Glauserei, Karwica oraz Judenflis, ostrowy (wyspy) Karwiczwerder, Engielkienwerder i Buchwerder, bagno Brandenbruch oraz bór Hege. Lasy zostały podzielone na kilka części, które podzielono między strony. Znajdujące się w lasach barcie zostały przy dotychczasowych bartnikach a strony uzgodniły podział dochodów z nich płynących .

harcerskie-21

Widok na jezioro Christianchensee (dziś j. Gniewosz)

Dokument wymienia dwie bramy miejskie: Młyńską i Łowicką (nie wspomina nic o bramie Grobelnej) oraz drogi: do Hanek, Sadowa, Płociczna i Lipia, a także nową drogę do Kłosowa.

Henryk von Blankenburg nie zgodził się na podział ziem leżących na północ od Drogi Polskiej (Polenweg, chodzi prawdopodobnie o Drogę Margrabska) między rzekami Przyłęg, Fulbek (Świerczyniec) i Dobrzyca. Henryk stwierdził, że ziemi tej nie otrzymał z posagiem swej pierwszej żony Elżbiety von Wedel lecz zakupił ją od Jerzego Frydlanckiego. To samo dotyczyło folwarku Langenhof (dziś Toporzyk)[1].

Stwierdzenia Henryka w tej ostatniej sprawie brzmią wiarygodnie. Wałecki sąd grodzki uznał te prawa trzy lata wcześniej w 1596 r. Wtedy to Henryk von Blankenburg poślubił Elżbietę von Dewitz z Dobrej. Panna młody wniosła w posagu pewne sumy pieniędzy, które zostały zabezpieczone przez małżonka poprzez przekazanie Elżbiecie folwarku Toporzyk i wsi Laski Wałeckie. Sąd w Wałczu potwierdził te nadania[2].

Najważniejszym przedmiotem podziału byli mirosławiccy mieszczanie wraz z działkami ziemi, którą uprawiali. Ugoda wymienia głowy mieszczańskich rodzin z imienia i nazwiska. W części należącej do Barbary i Elzbiety Frydlanckich żyło 35 mieszczan, którzy uprawiali 21 włók ziemi. Poszczególne działki miały wielkość 0,5 lub jednej włóki. Właściciele 7 włók ziemi zmarli dokument wymienie więc ich dzieci jako spadkobierców. Ponadto w przyznanej siostrom części Frydlandka pracowało: 5 tkaczy, 4 sukienników, 2 szewców, bednarz, murarz, kuśnierz, piekarz, 2 robotników najemnych i pachołek. Poddanymi Henryka von Blankenburga miało być 33 mieszczan 33 mieszczan na 21 włókach ziemi. Dla 6 włók wskazano dzieci jako ich spadkobierców. Wśród rzemieślników wymieniono 4 szewców, 3 tkaczy, sukiennika, krawca, kuśnierza, tokarza, kołodzieja, ślusarza, zduna, rzeźnika, 2 chłopów i karczmarza[3].

Powyższy podział Mirosławca został uzgodniony przez strony, a dokument ugody złożony (oblatowany) w wałeckim sądzie grodzkim. Jednak trudno powiedzieć, czy uzgodnienia te weszły w życie, gdyż, jak wiemy, w 1599 r. władzę w miescie dzierżył zięć Barbary von Guentersberg z domu Frydlanckiej – Sebald Golcz, natomiast Henryk von Blankenburg wcale nie zrezygnował z planu przejęcia miasta siłą, o czym opowiem w następnym rozdziale.

 

Raubritter z Mirosławca

Jarosław Leszczełowski

Kolejny epizod ze średniowiecznych dziejów Mirosławca rozgrywa się w czasach wojen polsko-krzyżackich. W tym okresie do państwa krzyżackiego należała Nowa Marchia z Drawskiem, Kaliszem Pom. i Złocieńcem, a leżący w ziemi wałeckiej Mirosławiec przechodził z rąk do rąk. Na granicy z Nową Marchią trwa ciągle mała wojna.  

Permamentne utarczki graniczne krzyżackiej Nowej Marchii z Wielkopolską prowadziły do upadku obyczajów. Rycerstwo zgodnie z wolą władzy państwowej dokonywało napaści na wsie i miasteczka sąsiedniego kraju, ulegając stopniowej demoralizacji. Wielu uczestników łupieżczych wypraw przyzwyczaiło się do łatwego zarobku przez grabież i zdobywanie łupów. Kiedy zamierały działania wojenne, a krzyżacka władza nad Nową Marchią stawała się coraz bardziej symboliczna, wielu rycerzy decydowało się na wybór zbójnickiej drogi. Korespondencja krzyżackiego wójta z wielkim mistrzem wskazuje, że ten pierwszy był raczej biernym świadkiem wydarzeń niż przedstawicielem władzy. Z reguły kiedy słabnie władza państwowa rządzi prawo silniejszego a herbowi zbójcy stają się bezkarni. Ponadto rody szlacheckie mające między sobą rachunki do wyrównania, wszczynały liczne prywatne wojny.

hinterhalt_raubritter_d_buch_beruehmter_kaufleute_1804

Rycerze-rabusie blokują drogę, rycina z 1804 r.

Okazuje się, że Wedlowie byli w tym okresie bardzo aktywni, co nie przynosi im zresztą chluby. Najaktywniejszym Wedlem z Mirosławca był Henning, który wspominany jest w wielu dokumentach źródłowych. Tenże mąż miał też, według Johannesa Voigta, w 1409 roku przejąć zamek w Tucznie jako stronnik zakonu. Jednak ta informacja wydaje się mało wiarygodna, gdyż wszystko wskazuje na to, że w tym czasie von Wedel z Mirosławca był mocno skonfliktowany ze stronnikami Zakonu Krzyżackiego, a był raczej stronnikiem swoich prywatnych interesów. Warto zauważyć, że współwłaściciel miasta Zulis von Wedel odnotowany był po raz ostatni w 1401 r. jako świadek sprzedaży młyna w Drawsku Pomorskim. Może to oznaczać, że Hennig rządził w Mirosławcu samodzielnie i miał tam swą siedzibę, gdyż zawsze określany był w dokumentach źródłowych jako Henning von Wedel z Mirosławca. Dopiero w latach trzydziestych u jego boku pojawiać się będzie Jakub von Wedel, który należał z pewnością do młodszego pokolenia tego rodu. Pamiętajmy też, że stosunki własnościowe w ówczesnym czasie były bardzo skomplikowane. To że Henning miał swą siedzibę w mieście (prawdopodobnie w zamku) nie oznacza, że Mirosławiec w całości należał do niego. Możemy przyjąć za pewnik, że udziały w tym mieście mieli też inni liczni krewniacy.

00 raub

Raubritterzy atakują kupców na drodze. Ilustracja autorstwa A. Franza z rocznika Berlińskiego Towarzystwa Języka Niemieckiego i Nauki o Starożytności Germania

Bardzo wiele o charakterze i działalności Henninga von Wedla dowiadujemy się z korespondencji wójta Nowej Marchii, Sandera Machwitza, kierowanej do wielkiego mistrza Zakonu Krzyżackiego Michaela Küchenmeistera von Sternberg.
Z listu napisanego 30 grudnia wynika, że lista wyczynów Henninga z Mirosławca (oryg. Fredelande) była bardzo długa: napadł i uwięził wiernych poddanych nowomarchijskiego wójta Ottona i Ditloffa Falwenów, napadł na Janekena von Stieglitza, kiedy ten konno lasem wracał do domu ze Stargardu. Podczas napaści na Simona von Guentersberga, zabił jednego z knechtów, a samego Simona uwięził w Mirosławcu. Ponadto Henning wspólnie ze swymi krewniakami z Tuczna i Wałcza zabił jednego z choszczeńskich mieszczan, a innego porwał. Ta sama banda zbójnicka prowadzona przez Henninga zrabowała 5 koni koło Dobiegniewa oraz porwała dwóch mieszczan, których uwięziono w Tucznie. Do listy występków należy doliczyć zrabowanie jeszcze czternastu koni i uwięzienie kolejnych dwóch ludzi. Wójt nowomarchijski napisał również, że rody von Guentersbergów i von Stieglitzów chcąc pomścić swe straty, zebrali swych przyjaciół i oddział knechtów oraz najechali wsie koło należącego do Wedlów Krępcewa. Machwitz nie otrzymał jeszcze żadnej skargi dotyczącej tej ostatniej rejzy .
Okazuje się, że Henning von Wedel z Mirosławca był typowym raubritterem, czyli rycerzem rabusiem, który nie cofał się przed napaścią, porwaniem i zabójstwem. Nie był oczywiście żadnym wyjątkiem, postępował wzrost samowoli rodów rycerskich, których liczni przedstawiciele brali się za zbójeckie rzemiosło, próbując w ten sposób podreperować swoje niszczone licznymi najazdami posiadłości. Napaści na kupców podróżujących Drogą Marchijską stały się bardzo częste. Zbójeckim rzemiosłem parali się między innymi Puttkamerowie, Viersebandowie, Hornowie, Goltzowie, Manteufflowie, Zartowie, Borkowie, Manfrasowie, Ostenowie, Kleistenowie, Bersenowie, Podewilsowie i wielu innych. Powszechnego potępienia takiego zachowania widać nie było, a zbójcy przybierali pozy ludzi szukających przygody i nazywali siebie „reuterami”. Ukształtowała się grupa członków rodzin szlacheckich, której większość przychodów pochodziła z rozboju. Przybierali oni niekiedy przydomki, które miały służyć zwiększaniu ich sławy wolnych i „romantycznych” zbójców, żyjących przygodą. Okoliczna ludność miała pewnie powtarzać te imiona z trwogą połączoną z podziwem. I tak jeden z Podewillsów nazywany był „Księdzem Johanem”, dwóch innych członków tego rodu nosiło przydomki „Książe Lolle” i „Książe Barnim”. Bandy „reuterów” tworzone były niemal przez wszystkie rody pomorskie. Rabusie łączyli swe oddziały, które liczyły niekiedy nawet kilkuset ludzi. Do bandytów dołączali również chłopi. W istocie byli to okrutni ludzie, chciwi i żądni przemocy, działający z niskich pobudek.

00 ml Die_Gartenlaube_(1887)_b_776

Fragment obrazu K. Weiganda z 1884 r. Źródło: czasopismo „Die Gartenlaube” s. 776

Kolejny list nowomarchijskiego wójta z 15 maja 1414 r. przynosi informację o zjeździe w Drawsku Pomorskim, podczas którego doszło do pojednania między Wedlami z Tuczna, Drahimia (prawdopodobnie Wedlowie byli w tym czasie tenutariuszami drahimskiej królewszczyzny) i Mirosławca, a wójtem Sanderem Machwitzem oraz rajcami Choszczna, Świdwina i Drawska. Henning von Wedel z Mirosławca zgodził się wypuścić z niewoli Simona von Guentersberga, Janckego von Stieglitza i Ottona Falwena. Wedlowie obiecali też utrzymywać pokój, „dopóki polski król nie rozpocznie nowej wojny”[1].

Wydaje się, że zawarty w Drawsku układ był przez następne lata przestrzegany przez Henninga. Za to następca Machwitza na stanowisku wójta Nowej Marchii, Jost Struperger, miał poważne kłopoty z Wedlami z Drawna, gdyż ci uwięzili jego „pięciu lub sześciu knechtów, zastrzelili psy i zabrali urządzenia myśliwskie”. Działo się to zresztą w lesie na zachód od Mirosławca, w pobliżu Kalisza Pomorskiego. Nowy wójt był jednak człowiekiem czynu. Zebrał uzbrojonych mieszczan z Drawska, Świdwina oraz posiłki wystawione przez kaliskich von Guentersbergów i ruszył na Drawno. Po krótkim oblężeniu wójt zdobył zamek i miasto. Drawieńscy Wedlowie odpowiednio wcześniej salwowali się ucieczką. Relację z tych dramatycznych zdarzeń wójt zawarł w liście do wielkiego mistrza z 6 lutego 1421 r.[2].

O zdarzeniu tym piszę dlatego, że w starania o odzyskanie odebranego Wedlom Drawna zaangażowali się liczni Wedlowie, w tym Hennig von Wedel z Mirosławca. Co ciekawe w dwóch dokumentach z 1421 r., które dotyczą zwrotu Drawna, Henning jest tytułowany wójtem leżącego na Pomorzu miasteczka Arnhausen (dziś wieś Lipie koło Połczyna)[3]. Widać pomimo swych wcześniejszych występków, udało mu się wkraść w łaski księcia słupskiego. W 1425 roku Wedlowie wystawili dokument potwierdzający oddanie im Drawna w lenno. W tym dokumecie oprócz wójta Arnhausen – Henninga – pojawił się również Jakub von Wedel z Mirosławca[4], który był prawdopodobnie synem starego raubrittera Henninga.

Sprawa zajęcia Drawna i jego zwrot doprowadziły do normalizowania stosunków między liczną familią von Wedlów a Zakonem Krzyżackim, który odtąd mógł zaliczyć przedstawicieli tego rodu do szeregu swych stronników. Choć nie na długo…

[1] A. F. Riedel, Novus Codex diplomaticus Brandenburgensis, Urkundensammlung der geistliche Stiftungen, der adlichen Familien, so wie der Staedte und Burgen der Mark Brandenburg, t. XVIII, Berlin 1859 r., s. 171

[2] Tamże, s. 177

[3] Tamże, s. 178-180

[4] Tamże, s. 182

Prebenda, dług i pożar (Mirosławiec AD 1395)

Jarosław Leszczełowski

Fragment rozdziału o średniowiecznym Mirosławcu w powstającej książce o dziejach tego miasta

Według autora książki o dziejach Mirosławca, Ernsta Berga, w 1395 r. Nuve Vredeland padło ofiarą wielkiego pożaru. Aby pokryć znaczne koszty odbudowy miasto miało zaciągnąć pożyczkę od parafii w Tucznie. W tej relacji pierwszego mirosławieckiego kronikarza trudno jednak oddzielić fakty od legend obrosłych wokół tego wydarzenia. Dowiadujemy się miedzy innymi, że chytrzy duchowni z Tuczna podrobili dokumenty, dopisując jedno zero do rzeczywistej kwoty pożyczki, która po takim zabiegu miała wynosić 3000 marek. Według Berga dług pozostawał niespłacony przez 400 lat, a do jego zwrotu miało dojść dopiero w 1817 r.

Feuer01

Gaszenie pożaru w średniowiecznym mieście. Rycina nieznanego autora

Podobne okoliczności opisali piszący po II wojnie światowej: Karol Ruprecht[1] oraz Sławomir Łozowski[2]. Obydwaj podali kwotę zadłużenia w wysokości 200 polskich guldenów. Sławomir Łozowski dodał, że do spłaty odsetek doszło w wyniku ugody zawartej w 1639 r., na mocy której stosowną stosowną kwotę wypłacono proboszczowi z Tuczna. Niestety autor nie podał źródeł tych informacji, cytując jedynie fragment książki Berga.

W poszukiwaniu dokumentów źródłowych, sięgnąłem najpierw do monografii rodziny von Wedel[3], według której w archiwum rodzinnym tego rodu znajdował się dokument zawierający opis okoliczności udzielenia pożyczki Mirosławcowi. Są one nieco inne, niż te opisane we wspomnianych publikacjach, ale z pewnością chodziło o to samo wydarzenie. 24 lipca 1395 r. Arnold Golcz (Arnoldus de Golcze) z Tuczna wraz ze swą małżonką Alheid ufundowali ołtarz w miejscowym kościele parafialnym, który uposażyli roczną rentą w wysokości 200 marek wypłacanych w zwyczajowej dla regionu monecie. Małżonkowie oświadczyli, że część tej renty w wysokości 15 marek rocznie wypłacana będzie w dzień świętego Marcina (11 listopada) z kasy miasta Mirosławiec. Renta ta została przez fundatorów zakupiona od szlachetnych panów Zulisa i Ludwika, braci von Wedlów za 150 marek. Małżonkowie wskazali jednocześnie stosowne dokumenty wystawione przez wspomnianych braci von Wedlów i rajców miasteczka.

Dowiadujemy się więc, że faktycznie w 1395 r. Wedlowie właściciele Mirosławca wraz z radą tego miasta zaciągnęli pożyczkę. Kredyt miał być później spłacany z kasy miejskiej, co wyraźnie wskazuje, że suma 150 marek potrzebna była miastu. Prawdopodobne chodziło właśnie o środki na odbudowę spalonego Mirosławca. Pieniądze jednak nie zostały pożyczone od parafii w Tucznie, lecz od mieszczanina z Tuczna Arnolda de Golcze[4]. Czy był to rzeczywiście mieszczanin pozostaje kwestią otwartą. gdyż zarówno nazwisko jak i hojny dar dla śwątyni wskazywać mogą, że chodziło raczej o przedstawiciela rycerskiego rodu Golczów (niem. von der Goltz). Tenże fundator zrzekł się spłaty długu na rzecz parafii w Tucznie. Mirosławiec został więc zobowiązany do wypłacania parafii w Tucznie 15 marek rocznie. Cała kwota długu wynosiła 150 marek. Podawana w wymienionych powyżej publikacjach kwota 200 guldenów mogła zachować się w ustnych przekazach, poprzez pomyłkowe skojarzenie jej z kwotą całej rocznej renty przyznanej przez Arnolda de Golcze (200 marek). Tymczasem Mirosławiec finansował jedynie 15 marek z tej dwustumarkowej rocznej renty. W taki sposób Mirosławiec faktycznie musiał spłacać zaciągnięty dług parafii w Tucznie, jednak pieniądze pożyczył od zamożnego Golcza.

Ufundowanie ołtarza było w średniowieczu szczególną odmianą tzw., prebendy czyli uposażenia duchownych, którzy nie mieli dochodów z tytułu sprawowania obowiązków duszpasterskich. Taka prebenda mogła zostać ustanowiona na dochodach kościoła lub świeckiego fundatora, którego określano patronem prebendy. Arnold de Golcze wskazał z pewnością, skąd będą pochodziły dochody na utrzymanie prebendy w wysokości 200 marek rocznie, spłaty mirosławieckiego długu stanowiły część tych dochodów. Prebendy były też związane z utrzymaniem kościołów lub poszczególnych ołtarzy. Fundacja Golcza służyła utrzymaniu ołtarza i duchownego, który się nim opiekował jako tzw. altarysta.

Rodzinne archiwum Wedlów zawierające stare dokumenty jest z pewnoscią dość wiarygodnym źródłem, jednakże w dalszym ciągu odczuwałem potrzebę zweryfikowania informacji dotyczących tej uciążliwej dla mirosławieckich mieszczan pożyczki. Poszukiwania innych źródeł doprowadziły do trzech dokumentów zawartych w Wielkopolskim Kodeksie Dyplomatycznym.

tuczno mirosł

Dawne herby Tuczna i Mirosławca w towarzystwie rodzinnych herbów Golczów i Wedlów

Pierwszy dokument z 24 lipca 1395 r. jest tym samym, którego skróconą treść przedstawiono w monografii rodzinnej von Wedlów i dotyczy ustanowienia prebendy przez małżonków de Golcze. Dowiadujemy się, że ołtarz był poświęcony Najświętszej Marii Pannie. Dokument ten został zaopatrzony w pieczęć Golcza, a jako świadkowie wystąpiły następujące osoby duchowne: pleban z Tuczna Johann Scolte, wikary Henryk Kestel, sam altarysta, czyli beneficjent prebendy i opiekun ołtarza – wikary Jakub Sancze – oraz kilku świeckich obywateli miasta i miejscowy nauczyciel[5].

Dzień później (25 lipca) spisano w Kaliszu Pomorskim kolejny dokument dotyczący prezenatacji przez Arnolda de Golcze kandydata na altarystę, czyli wspomnianego wikarego Jakuba Sancze. Prezentacja odbyła się przed obliczem wielebnego prepozyta kaliskiego (prepositus Calisiensis) Henryka Papego[6].

W trzecim akcie sporządzonym 27 lipca 1395 r. tenże Henryk Pape zatwierdził fundację ołtarza w Tucznie[7].

[1] K. Ruprecht, Deutsch Krone. Stadt und Kreis, Bad Essen 1981 r., s. 185-6

[2] S. Łozowski, materiały niepublikowane dot. dziejów Mirosławca, udostępnione autorowi przez Bibliotekę Publiczną w Mirosławcu.

[3] H. v. Wedel, Geschichte des Schlossgesessenen Geschlechtes der Grafen und Herren von Wedel 1212-1402, Leipzig 1894 r., s. 265

[4] Pojawia się wątpliwość, czy chodziło faktycznie o mieszczanina, czy też Arnold Golcz był przedstawicielem rycerskiego rodu von der Goltzów

[5] Kodeks Dyplomatyczny Wielkopolski, t. 3, nr 1961

[6] Kodeks Dyplomatyczny Wielkopolski, t. 11, nr 1778

[7] Kodeks Dyplomatyczny Wielkopolski, t. 6, nr 344

Lokacja Nuve Vredeland (dziś Mirosławiec)

Jarosław Leszczełowski

Niniejszy artykuł jest fragmentem przygotowywanej książki o dziejach Mirosławca 

Pierwsza wzmianka o Mirosławcu, który nosił wówczas miano Nuve Vredeland, pojawiła się 2 lutego 1314 r. w dokumencie założycielskim tego miasta spisanym w Wałczu. Lokowanie wymagało zgody monarchy, która miała zwykle formę przywileju nadawanego właścicielom powstającego miasta. Pod koniec XIII wieku ziemia mirosławiecka została opanowania przez margrabiów brandenburskich z dynastii Askańczyków. Zakładanie miast i wsi na prawie niemieckim wzmacniało gospodarczo tę nową prowincję. Władcą, który wydał zgodę na nadanie praw miejskich Mirosławcowi był prawdopodobnie margrabia Waldemar. Był to niezwykle wojowniczy i energiczny władca, a jego matką była polska księżna Konstancja, siostra Przemysła II i córka Przemysła I. Waldemar był więc prawnukiem Władysława Odonica. Pokrewieństwo z wielkopolskim Piastami było zresztą bez znaczenia, gdyż margrabia nie miał nigdy przyjaznych stosunków z polskimi władcami.

Sachsenspiegel-Ostsiedlung

Ilustracje z księgi prawa zwyczajowego Zwierciadło saskie (Sachsenspiegel) przedstawiające osiedlanie się na wschodzie Europy na początku XIV wieku. U góry po lewej: zasadźca otrzymuje od władcy dokument lokacyjny inicjując powstanie osady; u góry po prawej koloniści wyrąbują las i budują domostwa.  Na dole zasadźca w roli sędziego w nowo założonej wsi

Panami lennymi, którzy na mocy zezwolenia margrabiego założyli miasto byli rycerze Henryk i Johann z rodu von Wedlów. Zanim jednak przystąpię do omówieniu aktu nadania praw miejskich Nuve Vredeland, pozwolę sobie na kilka słów wyjaśniających, czym było lokowanie miasta w średniowieczu na tzw. prawie magdeburskim (łac. Ius municipale magdeburgense). Właścicielami miasta mogli być władcy państwa, duchowni lub panowie świeccy, w przypadku Mirosławca mieliśmy do czynienia z tym trzecim przypadkiem. Właściciel inwestował swe środki w miejską infrastrukturę i mury obronne lub obwarowania innego typu. Zachętą dla osadników były zwolnienie z pańszczyzny oraz pozyskanie określonych praw i swobód gospodarczych, w tym dość mocno okrojonej samorządności. Po kilkuletnim okresie tzw. wolnizny, mieszczanie byli zobowiązani do płacenia czynszu na rzecz właściciela miasta. Warto sobie odpowiedzieć na pytanie, czym różniło się niewielkie średniowieczne miasteczko od ówczesnej wsi? Cechy ówczesnych miast można było pogrupować na dwie kategorie: budowlaną i prawną. W pierwszej mieściło się wytyczenie rynku, na środku którego wznoszono zwykle ratusz, czyli siedzibę władz miejskich. Obszar przyszłego miasta był parcelowany na działki budowlane w formie prostokątów przylegających krótszym bokiem do rynku. W pobliżu tego centralnego placu budowano zwykle kościół, a ważnym elementem miejskiej gospodarki był młyn wodny. Istotną cechą średniowiecznego miasta były jego umocnienia choć nie zawsze w formie murów miejskich. Kategorię prawną tworzył zaś dokument lokacyjny, w którym definiowano prawa i obowiązki mieszkańców. Za powstanie miasta przyjmuje się moment nadania praw miejskich przez właściciela ziemi, prace budowlane musiały natomiast być rozpoczęte wcześniej, gdyż w zasadzie lokowano już zbudowane osady. Miasta posiadały też własne władze, w skład których wchodził: wójt i sąd miejski złożony z kilku ławników. W późniejszym czasie wykształciła się rada miejska, której przewodził burmistrz.

Wspomniałem powyżej, że proces powstawania miasta był inicjowany przez władcę, w naszym przypadku margrabiego Waldemara, który zezwalał panom feudalnym braciom Johannowi i Henrykowi von Wedlom założyć miasto. Ci z kolei zawierali kontrakt z zasadźcą, który był faktycznym organizatorem miasta. To on planował wygląd miasta wytyczał rynek i ulice, a co najważniejsze organizował werbunek osadników. Z dokumentu lokacyjnego z 1314 r. wynika, że zasadźcami Mirosławca byli bracia Mikołaj i Jan zwani Knokendorp. Niewykluczone, że obaj pochodzili ze wsi Knakendorf koło Tuczna (dziś Rzeczyca)[1]. Zwieńczeniem procesu powstawania Nuve Vredeland było przekazanie przez braci Wedlów zasadźcom przywileju lokacyjnego.

Osiemnastowieczny autor historii kościoła w Wałczu, ks. Jan Ignacy Bocheński przetłumaczył część tego napisanego po łacuinie dokumentu nadania praw z 2 lutego 1314 r.:

„W imię Pana Amen. Z powodu ułomności ludzkiej, ludzka pamięć jest niestała, a życie krótkie, stąd wynika, że czyny uroczyste winne być spisywane i powierzane świadectwu osób wiarygodnych, dlatego my Henryk rycerz i Jan giermek bracia de Wedel, chcemy uczynić wiadomym wszystkim i każdemu z osobna oglądającym niniejszy dokument, że naszemu miastu zwanemu Nowy Frydland, aby się lepiej umocniło, za wspólną zgodą naszych dziedziców i dojrzałą radą innych przyjaciół, daliśmy i niniejszym dajemy wszelkie użyteczności wewnątrz tego miasta, czynsz albo zysk jaki będzie z jatek i kramów z chlebem, szewskich, albo innych które tamże byłyby wybudowane, a z których mogłyby być dochody…”[2]

Dokument lokacyjny zawierał istotne informacje o charakterze gospodarczym. Mieszczanie otrzymali więc dochody z jatek rzeźniczych,  kramów piekarniczych i szewskich, o ile zostaną one wybudowane. Jak widać, miasto było wciąż w stanie konstrukcji. W dalszej części aktu jest mowa o dochodach z działek rolnych określanych jako „Worden Tins”, które w 2/3 przysługiwały miastu a w 1/3 jego zarządowi[3]. Poprzez analogię do innych aktów lokacyjnych, możemy przypuszczać, że chodziło o tzw. „Wurtenlaender” (inaczej „Wordenlaender” lub „Buergerlander”), czyli działki rolne przypisane do poszczególnych domostw, ale na których nie wolno było prowadzić działalności handlowej[4].

Dokument z 1314 r. dość precyzyjnie określił granicę ziemi przynależnej miastu. Opis rozpoczęto przy charakterystycznym drzewie o czterech pniach nazywanym przez ówczesnych ludzi „Hornic Bom” i znajdującym się nad strumieniem Przyłęg. W kilku publikacjach, m. in. u Ernsta Berga, Prilank utożsamiany jest ze strumieniem Prielang płynącym na zachód od Rudek (Hoffstaedt). Moim zdaniem struga ta jest położona zbyt daleko od miasta. Chodziło raczej o bezimienny dziś strumień wpadający do północnej zatoki jeziora Bytyń Wielki, przy którym niegdyś pracował młyn. Nazwa tego młyna brzmiała Lanker Muehle, co wskazuje, że strumień nosił dawniej nazwę Lank. Od czteropiennego drzewa granica miejskiej ziemi rozdzielała posiadłości rodów von Wedel i von Liebenow (de Lybenow)[5], a następnie aż do jeziora Nyrocze (dziś Nieradź) stykała się z krańcem ziemi Bytyńskiej. G. W. Rauman napisał, że granica biegła brzegiem jeziora Bytyń Wielki[6], jednak w dokumencie lokacyjnym mowa jest wyraźnie o „Terra Boiten”, czyli o ziemi bytyńskiej. Obszar administracyjny o takiej nazwie opisany został zresztą w nowomarchijskiej księdze ziemskiej z 1337 r. Od jeziora Nieradź granica biegła wzdłuż ziem przynależnych wsi Henekenstorp (dziś Hanki), osiągała jezioro Grothen Cadow (dziś jezioro Hanki lub Cegielnia), by dalej wzdłuż strumienia wypływającego z tego jeziora i rzek Kortenicz Crevle (niem. Krebs Bach, dziś Karwica) oraz Korytnica dotrzeć do jeziora Korytnica (oryg. Kortenic Se, dziś Kosiakowo). Kolejnym punktem orientacyjnym było wzgórze przy Drodze Marchijskiej (Antiqua Via marchionis), zwane wówczas Kobelenberch (prawdopodobnie Kobyla Góra, później niem. Dreiort, wzgórze to znajduje się w pobliżu jeziora Gniewosz). Dalej granica biegła wzdłuż Drogi Marchijskiej z powrotem do drzewa o czterech pniach[7]. Ten ostatni, bardzo długi odcinek był niegdyś precyzyjnie określony przez przebieg słynnego szlaku prowadzącego do Prus, dziś jednak nie sposób odtworzyć dokładnego przebiegu Drogi Marchijskiej, stąd przebieg północno wschodniej granicy ziemi miejskiej można naszkicować tylko w dużym przybliżeniu.

lokacja

Hipotetyczny obszar przyznany miastu Nuve Vredeland przywilejem lokacyjnym z 1314 r. Kropkami oznaczono zidentyfikowane miejsca wymienione w przywileju.

Mieszkańcy Nuve Vredeland mieli więc prawo do czerpania wszelkich korzyści z gruntów znajdujących się w opisanych granicach. Było oczywistym, że poważniejsze przychody z tej bagnistej i porośniętej lasami okolicy będzie można uzyskać dopiero po jej zagospodarowaniu, kosztem ciężkiej i wieloletniej pracy. Mieszczanie mogli też w przyznanym im obszarze polować na zwierzynę. Wedlowie wyposażyli ponadto miasto w dodatkowe źródło przychodów zezwalając jego mieszkańcom na założenie wsi czynszowej o powierzchni 63 łanów, przy czym osada ta miała powstać po wykarczowaniu odpowiedniego areału „Lasu Kawrenz”. Według Franza Schultza[8] prawidłowa nazwa tego miejsca brzmiała „Lawrenz Las”. Autor ten stawia hipotezę, że w ten sposób powstały Laski Wałeckie (Alt Latzig), która to osada rzeczywiście przylegała do terenu nadanego miastu dokumentem lokacyjnym. Ernst Berg również utożsamia Laski Wałeckie z wsią czynszową, lecz twierdzi, że wieś ta nie została założona przez mirosławieckich mieszczan. Teren ten miał zostać wydarty miastu przez jeden z rodów szlacheckich, który ostatecznie założył tę miejscowość. Panowie lenni nadali też miastu szereg jezior, w których można było łowić ryby i raki. Dokument lokacyjny wymienia następujące zbiorniki wodne: Kortnica (dziś Kosiakowo), Wołogoszcz (?), Kerstigemile (dziś Gniewosz], dwa stawy Kuves, dwa stawy Sadowo (Cegielnia lub Hanki), dwa stawy Karwes (dziś Pogorzalskie i jezioro bezimienne )[9]. Ważnym uprawnieniem przysługującym miastu była możliwość wznoszenia młynów na rzece Korytnicy, przy czym 50% dochodu z tych obiektów przysługiwać będzie wójtowi (sołtysowi, „prefectura civitatis”) miasta Nuve Vredeland. Wedlowie zastrzegli natomiast dla siebie prawo do wykorzystywania Strumienia Młyńskiego („flumen molendini”, dziś Młynówka) oraz bagna, na którym uprawiano chmiel.

Treść omówionego powyżej dokumentu dotrwała do naszych czasów z późniejszych odpisów. Oryginalny dokument spisał ksiądz Albertus z miasta Arnscrone (dziś Wałcz), a jako świadkowie wymienieni zostali trzej bracia von Wedel, w tym dwóch rycerzy Ludwik z Krępcewa i Hasso ze Złocieńca oraz giermek Lambert z Laskówka, ponadto Balcze i Henning Napseale, Henning Debow, Gerard Sulstorp, bracia Henryk i Fredric oraz ich ojciec Frederic zwani Sittengrope, wspomniani powyżej zasadźcy i wójtowie Nicolaus i Johann zwani  Knokendorp, bracia Peter i Nicolaus zwani Lozienbrok, Nicolaus Dorphere, Hildebrand i Arnold zwanid Knuth oraz Iohann Dorphere.

Na obwarowania Mirosławca składały się trzy bramy miejskie: Grobelna (na północy), Młyńska (na południu) i Łobeska (na zachodzie), które kanalizowały przejazd wozów konnych z towarami oraz ruch pędzonych zwierząt. Bramy stanowiły również punkty kontrolne i zarazem miejsca poboru należnych opłat. Aby bramy mogły wypełniać swoją rolę, wjazdu do miasta chronić musiały mury miejskie lub wały ziemne z drewnianymi ostrokołami. Obwarowując Mirosławiec, właściciele wybrali tę drugą możliwość, wykorzystując jednocześnie walory obronne terenów. Pomimo przeprowadzenia prac melioracyjnych i usypania szerokiej grobli dla poprowadzenia szosy w kierunku, wystarczy jeden rzut oka na mapę z drugiej połowy XIX wieku, żeby docenić jak doskonale zasadźcy – Nicolaus i Johann Knokendorp – wkomponowali miasteczko między szeroki pas mokradeł a bagnistą dolinę rzeki Korytnica. Trzęsawiska otaczały miasto od północy i wschodu, a dostępu do grodu od zachodu broniła zabagniona Korytnica. Obrazowy opis terenu wokół miasteczka pochodzi z 1789 r.:

[miasto} leży w przyjemnej, urodzajnej dolinie szerokiej na ¼ mili i otoczonej ze wszystkich stron wzgórzami. Z tych wzgórz spływa wiele źródeł, których woda zbiera się w dolinie i czyni z terenów wokół miasta bagno. Ten podmokły teren został pocięty licznymi rowami, które służą odwodnieniu i uczynieniu ziemi urodzajną. Obszar ten wykorzystywany jest dla urządzania ogrodów lub pastwisk[10].

stare miasto

Na mapie z II połowy XIX wieku widać, jak umiejętnie wkomponowano miasto Nuve Vredeland pomiędzy szeroki bas bagien i dolinę Korytnicy. Przerywaną linią oznaczono teren średniowiecznego miasta

Nazwa bramy północnej (Grobelna) wskazuje, że znajdujący się tam pas trzęsawisk przecięto wąską groblą, która umożliwiała dojazd do miasta, a jednocześnie była łatwa do obrony nawet stosunkowo niewielkimi siłami, podczas gdy najeźdźcy nie mogli rozwinąć swych sił. Przed bramami Łowicką i Młyńską wzniesiono zapewne drewniane mosty, które w przypadku zagrożenia można było spalić. Naturalnych przeszkód brakowało na stosunkowo wąskim odcinku południowym, gdzie z pewnością wykopano i wypełniono wodą fosy. Wedlowie doszli pewnie do wniosku, że budowa i utrzymanie murów byłoby zbyt kosztowne, a osłonięte mokradłami wały i ostrokoły oferowałyby wystarczającą osłonę. Doświadczenie miasteczek posiadających mury wskazywało, że były one trudne do utrzymania i rady miejskie wciąż wskazywały właścicielom na ich zły stan i konieczność pilnych napraw. Z kolei nie cierpiący na nadmiar gotówki panowie lenni nagminnie lekceważyli swe obowiązki w tym zakresie. W tej sytuacji decyzja o zabezpieczeniu miasta wałami ziemnymi i ostrokołami była z pewnością słuszna. W dokumencie lokacyjnym brak jest natomiast informacji o zamku Wedlów, gdyż ten powstał dopiero kilkadziesiąt lat później. Zasadźcy wytyczyli regularny układ ulic, które wraz z domostwami skaładały się na długi prostokąt. Rynek położony był w centralnej części prostokąta, a w jego sąsiedztwie znajdował się kościół. Wody Korytnicy wkrótce zaczęły napędzać koła młynów. Nie wiemy skąd pochodzili osadnicy, którzy zbudowali Nuve Vredeland. Być może przybyli z Meklemburgii, gdzie znajdowało się miasteczko o identycnej nazwie, tego nie dowiemy się jednak nigdy. Friedrich W. F. Schmidt wspomina[11] w swojej książce o dziewiętnastowiecznej legendzie, według której Mirosławiec mieli założyć uciekinierzy z Pomorza i Brandenburgii.

PRZYPISY

[1] Słownik historyczno-geograficzny województwa poznańskiego w średniowieczu, edycja elektroniczna, pod red. T. Jurka, Instytut Historii PAN, 2007-2010, hasło „frydland”, s. 442-443, według Kodeksu dyplomatycznego Wielkopolski tom 2, nr 967

[2] J. I. Bocheński, Historia kościoła parafialnego w Wałczu spisana na podstawie prawdziwych dokumentów i wiarygodnych autorów przez Jana Ignacego Bocheńskiego proboszcza wałeckiego w roku 1790, Wałcz 2002, s. 132–133

[3] Słownik historyczno-geograficzny województwa poznańskiego w średniowieczu, edycja elektroniczna, pod red. T. Jurka, Instytut Historii PAN, 2007-2010, hasło „frydland”, s. 442-443, według Kodeksu dyplomatycznego Wielkopolski tom 2, nr 967

[4] P. v. Niessen, Beitraege zur Geschichte der Stadt Falkenburg, Falkenburg 1933 r., s. 20

[5] Ponieważ ta druga rodzina wspominana jest już po raz drugi w tym rozdziale, warto przytoczyć ciekawą hipotezę dotyczącą jej pochodzenia, która sformułowana została przez dziewiętnastowiecznego historyka G. W. Raumera. Von Liebenowowie byli wzmiankowani pod koniec XIII stulecia w swej rodowej miejscowości Liebenow (dziś Lubieniów) koło Recza, ponieważ były to tereny pozostające w tym czasie we władaniu Wedlów, Raumer przypuszcza, że Liebenowowie byli w istocie gałęzią Wedlów osiadłą w Lubieniowie. Był to czas kiedy nazwiska dopiero się kształtowały i często przybierały swą ostateczną postać od nazw rodowych posiadłości. Podobny przypadek z najbliższej okolicy dotyczył osiadłej we wsi Zadow gałęzi von Guentersberghów, która ostatecznie przyjęła nazwisko von Zadow.

[6] P. v. Niessen, Beitraege zur Geschichte der Stadt Falkenburg, Falkenburg 1933 r., s. 20

[7] Na podstawie: Słownik historyczno-geograficzny województwa poznańskiego w średniowieczu, edycja elektroniczna, pod red. T. Jurka, Instytut Historii PAN, 2007-2010, hasło „frydland”; E. Berg, Geschichte der Stadt Maerkisch-Friedland. Zur Feier des 600-jaehrigen Bestehens, Maerkisch Friedland, 1914 r. oraz Kodeks dyplomatyczny Wielkopolski tom 2, nr 967

[8] Tamże oraz F. Schulz Geschichte des Kreises Deutsch-Krone, Deutsch-Krone 1902 r. s. 200

[9] Słownik historyczno-geograficzny województwa poznańskiego w średniowieczu, edycja elektroniczna, pod red. T. Jurka, Instytut Historii PAN, 2007-2010, hasło „Frydland”

[10] J. F. Goldbeck Volstaendige Topographie des Koenigreichs Preussen, cz. 2, Kwidzyn 1789 r., s. 112

[11] F. W. F. Schmidt, Geschichte des Deutsch-Croner Kreises, 1867 r., s. 205

Kłopoty z datą powstania miasta

Jarosław Leszczełowski

Od autora:
Podobnie jak w przypadku poprzedniego artykułu proszę czytelników o potraktowanie poniższego tekstu jako bardzo roboczego i będącego przyczynkiem do dyskusji. Przyjąłem tutaj zasadę umieszczania fragmentów mojej pracy nad historią miasta, żeby nieco zaintrygować pasjonatów regionalnych dziejów i zachęcić ich do dyskusji, która mogłaby wzbogacić powstającą pracę.

W 1914 r. niemiecki Maerkisch Friedland obchodził uroczyście swoje sześćsetlecie. Nawiązywano zatem do 2 lutego 1314 r., czyli daty dokumentu lokacyjnego miasta Nuve Vredeland. Elementem obchodów było wydanie pierwszej książki poświęconej w całości dziejom miasta, której autorem był Ernst Berg[1]. Tenże autor wysnuł hipotezę, że dokument z 1314 r. był jedynie rozszerzeniem pierwotnego aktu nadania praw miejskich. Autor przesunął datę faktycznego powstania miasta na rok 1303 r., twierdząc, że skoro w tym roku powstały Kalisz Pomorski oraz Wałcz, to Brandenburczycy prawdopodobnie założyli również leżący pomiędzy tymi miastami Mirosławiec. Niestety, jest to jedyny i w dodatku bardzo słaby argument za datą 1303. Fakt nadania praw miejskich sąsiednim miastom nie musi oznaczać, że te prawa uzyskał wtedy również Mirosławiec. Ernst Berg nie oparł swej hipotezy na jakim kolwiek źródle.

Jedyna przesłanka przemawiająca za wcześniejszym powstaniem miasta zawarta jest w treści przywileju lokacyjnego z 1314 r., w którym napisano: „[…] my Henryk rycerz i Jan giermek bracia de Wedel, […] naszemu miastu zwanemu Nuve Vredeland, aby się lepiej umocniło, […] dajemy wszelkie użyteczności wewnątrz tego miasta…”. Fragment ten wyjaśnia, dlaczego badacze uważają akt lokacyjny z 1314 r. za rozszerzenie wcześniejszego przywileju. Henryk i Jan Wedlowie nadali miastu nowe prawa, żeby „się umocniło”. Można więc wnioskować, że miasto istniało już wcześniej a teraz dostało dodatkowe przywileje i świadczenia, żeby przyspieszyć jego gospodarczy rozwój. Powstaje jednak pytanie, czy możemy z całą pewnością powiedzieć na tej podstawie, że osada, która teraz zostaje umocniona, miała wcześniej status miasta? Moim zdaniem nie możemy mieć tej pewności. Istnieje przecież możliwość, że 2 lutego 1314 r. lokowano miejscowość Nuve Vredeland po raz pierwszy i przez ten akt wzmacniano osadę, która do tej pory statusu miasta nie posiadała. Jęli przyjmiemy taką hipotezy, wcześniejszy dokument nie zaginąłby, lecz po prostu nigdy nie zostałby sporządzony. W żaden sposób nie osłabia tej tezy, fakt, że osadę podlegającą temu wzmocnieniu Wedlowie nazwali „civitati Nuve Vredeland”, gdyż słowo „civitati” może równie dobrze oznaczać osadę bez statusu miasta, przykładów jest aż nadto. Choćby pobliski Złocieniec określany był w ten sposób już w 1311 r., gdy tymczasem prawa miejskie otrzymał dopiero w 1333 r.

Autorzy opracowań dotyczących dziejów powiatu wałeckiego, którzy wydali swe dzieła przed Ernstem Bergiem: Friedrich Wilhelm Ferdinand Schmidt (Geschichte des Deutsch-Croner Kreises, 1867 r.) oraz Franz Schulz (Geschichte des Kreises Deutsch-Krone, Deutsch-Krone 1902) zgodnie podają 1314 r. jako datę założenia Mirosławca.

Również dziewiętnastowieczny historyk i wydawca księgi ziemskiej margrabiego Ludwika Starszego z 1337 r. – Georg Wilhelm Raumer – wskazuje na rok 1314 jako datę lokacji naszego miasteczka[2].

Pomimo tego, że żaden z zawodowych dziewiętnastowiecznych historyków nie wspomniał nawet o dacie 1303 w kontekście lokacji Mirosławca, bardzo swobodna hipoteza Ernsta Berga została potraktowana dość poważnie. Może powodem był fakt, iż jest to w zasadzie jedyna książka, którą poświęcono w całości dziejom miasta. W każdym razie po roku 1314 w kilku międzywojennych i powojennych publikacjach powielana jest informacja o powstaniu miasta w 1303 r. W większości z nich znajdziemy wprawdzie zastrzeżenie, że jest to prawdopodobna data lokacji miasta, jednakże brak jest jakichkolwiek argumentów uzasadniających operowanie taką a nie inną datą. Właściwsze byłoby wskazywanie, że Mirosławiec prawdopodobnie uzyskał prawa miejskie przed 1314 r. bez wymieniania konkretnej daty.

W wydanej w 1961 r. „Historii powiatu wałeckiego” autorzy wskazują na brak źródeł dotyczących początków miasta, stwierdzając, że pierwsza wzmianka o mieście pochodzi z 1314 r. Jednakże i w tym opracowaniu znajdziemy zdanie:

„[…]lokacja zatem musiała przypaść na lata poprzedzające rok 1314. Istnieje przypuszczenie, że mogło to nastąpić już w roku 1303”[3]

Autorzy nie uzasadnili, dlaczego miałby to być rok 1303, przecież równie dobrze można wybrać 1301 lub 1312.

W niemieckiej publikacji z 1981 r. „Deutsch Krone. Stadt und Kreis”[4] autorzy idą znacznie dalej pisząc:

„Lokacja przypada z największym prawdopodobieństwem (!) na rok 1303. Przywilej z 1303 r. został zagubiony.”[5]

W publikacji tej brakuje oczywiście wyjaśnienia na czym opierałoby się tak wysokie prawdopodobieństwo założenia miasta w 1303 r.

W dniach 1-14 lipca 2013 r. w ramach praktyk terenowych dla studentów z Uniwersytetu Jana Pawła II w Krakowie przeprowadzono badania mirosławieckiego zamku, których wyniki podsumowano w „Sprawozdaniu z badań archeologiczno-architektonicznych zamku w Mirosławcu”[6]. Opracowanie to posiadające charakter naukowy zostało udostępnione władzom powiatowym. Zapoznali się z nim również miejscowi pasjonaci historii. Innymi słowy to naukowe sprawozdanie podobnie jak te wymienione powyżej ma istotny wpływ na kształtowanie wiedzy mieszkańców dotyczących historii ich miasta. We początkowej części tego dokumentu napisano:

„Niektórzy badacze wysuwają przypuszczenie, że Mirosławiec (w ówczesnych dokumentach występujący jako Nowy Frydland) lokowano już w roku 1303 r.. co jest tym bardziej prawdopodobne, że opisany powyżej dokument (chodzi o dokument lokacyjny z 1314 r. – przypis J.L.) traktować należy jako uzupełnienie wcześniejszego aktu lokacyjnego.”[7].  

Autorzy uwiarygadniają więc datę 1303, tymczasem użyty przez nich argument może wspierać tezę o istnieniu wcześniejszego aktu lokacyjnego, podczas gdy zupełnie nie wyjaśnia daty 1303 r.

Data 1303 jako rok założenia Mirosławca bezrefleksyjnie powielana jest publikacjach elektronicznych różnorodnych serwisów internetowych. Czytając np. hasło „Mirosławiec” w niemieckiej wikipedii znajdziemy nawet zupełnie błędną informację[8], jakoby miasto było w 1303 r. po raz pierwszy odnotowane w źródłach pisanych.

Rok 1303 jako datę pierwotnej lokacji miasta zupełnie zignorowali natomiast naukowcy, którzy współtworzyli Słownik historyczno-geograficzny województwa poznańskiego w średniowieczu. Nie powinno to budzić zdziwienia, gdyż jest to niezwykle rzetelne dzieło oparte na solidnej analizie i weryfikacji źródeł, a przecież podana przez Ernsta Berga data nie tylko nie jest oparta na jakimkolwiek źródle, ale również argumenty przytaczane przez tego autora są niedostateczne i nieprzekonywujące.

DSC_0210

Współczesna tablica upamiętniająca 700-lecie miasta i nawiązująca do daty 1303

Jak widzimy rok 1303, jako prawdopodobna data powstania miasta pojawia się w wielu miejscach, choć często z zastrzeżeniami. W tej sytuacji nie może dziwić fakt, że władze miejskie zdecydowały się zorganizować uroczyste obchody siedemsetnej rocznicy założenia miasta w 2003 r. Z tego powodu Mirosławiecki samorząd naraził się na uszczypliwe uwagi ze strony części historyków, którzy przypominają o braku udokumentowania daty 1303. Jednak, moim zdaniem, wytykanie władzom miejskim błędu jest niewłaściwe. Przy tego typu obchodach wobec szczupłości źródeł zmuszeni jesteśmy odnieść się do pewnego symbolicznego momentu. Mógłby to być solidnie udokumentowany rok 1314, lecz skoro wielu badaczy jest przekonanych, że akt lokacyjny z tego roku jest rozszerzeniem pierwotnego dokumentu założycielskiego, więc i w tym przypadku, mogłyby się podnieść głosy krytyki, że miasto jest w istocie starsze i obchody zorganizowano za późno.

[1] E. Berg, Geschichte der Stadt Maerkisch-Friedland. Zur Feier des 600-jaehrigen Bestehens, Maerkisch Friedland, 1914 r.

[2] G. W. v. Raumer, Neumark Brandenburg im Jahre 1337 oder Margraf Ludwig’s des Aelteren Neumaerkisches Landbuch aus dieser Zeit, Berlin 1837 r., s. 46.

[3] Z. Boras, R. Walczak, A. Wędzki, Historia powiatu wałeckiego, Poznań 1961 r., s. 34

[4] K. Ruprecht, Deutsch Krone. Stadt und Kreis, Bad Essen 1981 r., s. 178

[5] Tamże.

[6] S. Dryja, D. Osiński, S. Sławiński, Sprawozdanie z badań archeologiczno-architektonicznych zamku w Mirosławcu, badania przeprowadzane w dn. 1-14 lipca 2013 r.

[7] Tamże, s. 3

[8] http://de.wikipedia.org/wiki/Miros%C5%82awiec: “Der Name Friedland ist von „Vredeland“ abgeleitet und wurde 1303 erstmals mit der Ortsbezeichnung „Nova Vredeland“ urkundlich erwähnt”.

 

Rozważania o mirosławieckim herbie

Od autora

Niniejszy artykuł przedstawia chwilowy stan moich badań nad herbem Mirosławca. Nie jest to wersja ostateczna, gdyż nie dotarłem jeszcze do wszystkich źródeł i publikacji. Hipotezy, które sformułowałem poniżej, będę jeszcze weryfikował. Zapraszam też czytelników do dyskusji. 

Jarosław Leszczełowski

Czy orzeł Askańczyków zdobił mirosławiecki herb?

Herb miasta stanowi jego najważniejszy symbol. Tarcza mirosławieckiego herbu podzielona jest na ustawione w szachownicę dwa pola błękitne i dwa czerwone. Na błękitnych przedstawiono srebrną głowę kozła ze złotymi rogami, przy czym głowa zwrócona jest w lewą stronę. Pozostałe pola zdobią białe lub srebrne krzyże maltańskie. Okazuje się, że na temat pochodzenia tego herbu istnieje wiele sprzecznych opinii, które poniżej przytoczę i z którymi podejmę dyskusję. Równie zagadkowa jest kwestia wyglądu średniowiecznego herbu miasta.

Skąd wiemy, że istniała wcześniejsza odmienna wersja mirosławieckiego herbu. W przypadku wielu sąsiednich miasteczek historię tego symbolu możemy odczytać na podstawie zachowanych dawnych odcisków pieczęci, natomiast tego typu materiał dotyczący Mirosławca jest więcej niż skromny. O tym, że średniowieczny herb musiał być inny świadczy treść symboliki obecnej wersji, o czym opowiem poniżej.

W wielu współczesnych publikacjach, zwłaszcza tych elektronicznych, znajdziemy informację, że pierwotny herb średniowiecznego Nuve Vredeland zawierał symbol czerwonego orła brandenburskich margrabiów z rodu Askańczyków. Wydaje się, że pierwszy raz tezę taką sformułował Marian Gumowski, w swojej książce wydanej w 1939 r.:

„Na najdawniejszej, jeszcze z XIV wieku pochodzącej pieczęci widać jakby bramę miejską z dwiema fortecznymi basztami po bokach, między którymi zaś umieszczona jest tarcza trójkątna z lwem lub orłem. W otoku jest napis majuskułowy: † S • CIVITATIS • DE • FRIEDELANT. Pieczęć taka wyciśnięta była na dokumencie z 1402 r. w archiwum toruńskim, ale dziś został z niej tylko ślad dość wyraźny by napis odczytać, ale za mało wyraźny, by rozpoznać, co było na tarczy środkowej. Engel przypuszcza, że to był wspięty na prawo lew, bardziej jednak prawdopodobne, że był to orzeł brandenburski”[1]  

Podobieństwo między skaczącym lwem a czerwonym orłem askańczyków z rozłożonymi skrzydłami jest jednak bardzo niewielkie. Moim zdaniem autor bardzo chciał widzieć tego orła na pieczęci sugerując się przedstawienie herbu miasta Friedland w siedemnastowiecznym herbarzu Johanna Siebmachera. Najpierw jednak zajrzyjmy do dzieła dziewiętnastowiecznego badacza Bernharda Engela, na które powoływał się Marian Gumowski i w którym zawarte są opisy i analizy pieczęci, znajdujących się w toruńskim archiwum:

„Friedland (Który? Dokument nie rozstrzyga) Brama miejska między dwoma wieżami. Między nimi prosta trójkątna tarcza ze skaczącym w prawo lwem (?). Opis: + S • CIVITATIS • DE • FRIDELAN(T) 50mm. Samej pieczęci już nie ma, lecz przedstawienie i opis są dość wyraźnie przez odcisk powstały przy złożeniu się kart”[2]    

Jak widzimy, Bernhard Engel miał wątpliwości, o który Friedland chodziło w dokumencie źródłowym. Ponadto postawił znak zapytania przy lwie, czyli nie był pewny, czy o taki właśnie zwierzę chodziło. Skoro wizerunek przypominał skaczące zwierzę, to wątpliwe jest, czy mógłby to być czerwony orzeł brandenburski. Gdyby był to faktycznie orzeł, Engel nie napisałby o skaczącym w prawo lwie. Ponadto opis całego herbu pasuje niemal idealnie do wyglądu herbu dzisiejszego Mieroszowa, czyli dawnego Friedlandu na Dolnym Śląsku. Na herbie tego miasta widnieją mury miejskie z bramą i dwoma wieżami oraz przygotowany do skoku dzik. Zgadza się więc wszystko poza gatunkiem zwierzęcia, ale można sobie wyobrazić, że z niewyraźnego odcisku trudno było odczytać, czy chodziło o skaczącego dzika, czy też lwa. Moim zdaniem dokument z 1402 r., w którym burmistrz i rajcowie miasta Friedland polecali radzie Torunia niejakiego Conrada Rudolffa nie dotyczył jednak Mirosławca.

herb_mieroszow mieroszów stary

Rys. 1. Herby Mieroszowa, których wygląd pasuje do opisu zawartego w liście z 1402 r.

Odpowiedzmy sobie teraz na pytanie, skąd wzięła się informacja o czerwonym orle Askańczyków na najstarszym herbie Mirosławca. Moim zdaniem, Marian Gumowski wyraźnie zasugerował się wyglądem herbu miasta Friedland przedstawionym w herbarzu Siebmachera, pisząc:

„Nieco inny herb (inny od tego na odcisku pieczęci – przypis JL) podaje Siebmacher: oto rysuje trzy baszty forteczne i dwie arkady, a pod niemi dwóch stojących rycerzy z mieczem i proporcem w ręku oraz spuszczoną przyłbicą na głowie. Miedzy nimi u dołu na środkowej wieży tarcza z orłem. Autor ten nie powiada jednak gdzie taki herb widział, ani z jakiej pieczęci go odrysował. Hupp przypuszcza, Siebmacher pomylił tu miasto nasze z Frydlądem meklemburskim. Mimo to pewna zgodność z pieczęcią archiwum toruńskiego, świadczy że raczej Siebmacher miał rację”[3]

Pozwolę sobie całkowicie nie zgodzić się z powyższym wywodem, gdyż herb przedstawiony przez Johanna Siebmachera całkowicie różni się od tego na pieczęci z 1402 r. Trzy wieże zamiast dwóch, dwaj rycerze z mieczami i proporcem zamiast bramy miejskiej i zwierzęcia szykującego się do skoku. Przecież to zasadnicze różnice nie pozwalające mówić o zgodności tych dwóch herbów. Według Mariana Gumowskiego podobieństwo ma stanowić orzeł Askańczyków, a tymczasem przecież na pieczęci z 1402 r. nie widać takiego orła. Jego występowanie było tylko hipotezą Mariana Gumowskiego, która, moim zdaniem, powstała pod wpływem wyglądu herbu miasta Friedland w herbarzu Johanna Siebmachera. Zwrócić należy też uwagę, że na początku XVII stulecia, kiedy Johann Siebmacher publikował swe dzieło, Mirosławiec, będąc własnością rodu von Blankenburg, pieczętował się prawdopodobnie już czteropolowym herbem, który znamy dziś.

Innymi słowy spopularyzowane przekonanie, iż na średniowiecznym herbie Mirosławca znajdował się orzeł brandenburski opiera się na błędnych przesłankach, a rzeczywistość jest taka, że o pierwszym herbie nie wiemy niczego pewnego.

Dodajmy jeszcze, że twierdzenie Ottona Huppa, autora dzieła „Herby i pieczęcie niemieckich miast, osad i wsi”, jakoby Siebmacher przedstawił pomyłkowo herb Friedlandu w Meklemburgii, jest trafne, gdyż herb tego miasta przedstawia właśnie trzy wieże, dwóch rycerzy (założycieli miasta margrabiów Ottona III i Johanna I) oraz czerwonego orła Askańczyków.

Friedland

Rys 2. Herb Friedlandu w Meklemburgii, na którym uwidoczniono margrabiów Ottona III i Johanna I, czerwonego orła Askańczyków oraz wieże z blankami symbolizujące mury miejskie

Na temat pierwotnego herbu Mirosławca mam też własną hipotezę, która opiera się na analizę obecnego godła tego miasta, którego czteropolowy podział wskazuje że mógł on powstać w wyniku tzw. złożenia herbów przez dzielenie na cztery pola (niem. „Wappenvereinigung durch Quadrierung”, „geviertes Wappen” lub „quadriertes Wappen”). Wywód na ten temat przeprowadziłem w poniższym podrozdziale. W tym miejscu zaznaczę jedynie, że być może głównym motywem pierwotnego herbu Mirosławca był krzyż maltański.

Na czterech polach

W wydanym w 1994 r. „Herbarzu miast polskich”[4] znajdziemy informację, że czteropolowa wersja herbu Mirosławca znana jest od XVI w. Tymczasem znawca pieczęci i heraldyki miejskiej Marian Gumowski stwierdził:

Jak długo poprzednio opisane herby były w użyciu, nie wiadomo, gdyż następna znana pieczęć pochodzi dopiero z końca XVII wieku […] Jej tarcza jest bowiem czteropolowa i ma w pierwszym i czwartym polu głowę kozła, a w drugim i trzecim polu krzyż Joannitów[5]

Innymi słowy możemy, mieć całkowitą pewność, że znany nam dziś herb miasta występował w II połowie XVII stulecia, jednakże jego szesnastowieczny rodowód jest bardzo prawdopodobny, ze względu symbolikę jednoznacznie nawiązującą do ówczesnych właścicieli miasta.

Dość spopularyzowana jest zupełnie błędna, moim zdaniem, interpretacja znaczenia symbolu koźlich głów, według której miały one pochodzić z klejnotu herbu założycieli i pierwszych właścicieli miasta – Wedlów. Tymczasem w klejnocie herbu tego rodu nie znajdziemy głowy kozła. Dotyczy to wszystkich wersji tego symbolu. Na złotej tarczy rodowego znaku umieszczano mianowicie czarne koło zębate, a w klejnocie znajdowała się ludzka postać ubrana w czerwono-czarny wams i hełm typu kapalin. W XV w. ludzka postać trafiła na tarczę herbową w centrum koła zębatego. W stuleciach XV i XVI zmienił się też klejnot, gdyż umieszczano tam ludzką głowę z kołem zębatym[6]. W herbach kilku pomorskich miast: Chociwel, Drawno, Szadzko, Recz i Tuczno, które były zakładane przez von Wedlów, umieszczano elementy herbu tego rodu, jednak było to zawsze koło zębate.

541px-POL_Mirosławiec_COA.svg miroslawiec

Rys 3. Czteropolowe herby Mirosławca

wap_01 Wedel

Rys 4. Herby rodu von Wedel

Blanckenburg_Wappen_Sbm_1605 Blankenburg

Rys 5. Herby rodu von Blankenburg

 Pochodzenie koźlich głów na niebieskich polach jest tymczasem dość oczywiste, gdyż taki jest herb rodziny von Blankenburg, która przejęła miasto od Wedlów w XVI stuleciu. Rodowy herb tej rodziny przedstawia zwróconą w lewo srebrną głowę kozła na błękitnej tarczy. Pojawienie się tego symbolu na herbie miasta dodatkowo potwierdza jego szesnastowieczne pochodzenie. Innymi słowy srebrne kozły pojawiły się w herbie wraz z przejęciem znacznych udziałów w mieście przez Blankenburgów.

Być może doszło wtedy do połączenia starego herbu miasta ze znakiem nowych właścicieli. Takie złożenia herbów np. dwóch rodzin szlacheckich, realizowano poprzez dzielenie tarczy na cztery pola i umieszczenie po dwa zespalane herby w układzie szachownicy. Pola te numerowano cyframi od 1 do 4. Przy czym posiadały one pewną hierarchię ważności. Pola 1 i 4 zajmował herb rodu bardziej znamienitego. W przypadku Mirosławca właściciele miasta zarezerwowali dla swego symbolu właśnie te ważniejsze pola.

Powstaje pytanie: dlaczego von Blankenburgowie zespolili swój herb z krzyżem maltańskim? Jako odpowiedzi nasuwają mi się dwie hipotezy. O pierwszej już wspominałem. Otóż może właśnie krzyż maltański był głównym motywem dawnego herbu Mirosławca. Druga możliwość to złożenie rodowego herbu właścicieli miasta z symbolem, który upamiętniłby legendarne założenie miasta przez joannitów. Innymi słowy nie było krzyża w starym herbie, lecz ówcześni mieszczanie mogli wierzyć, że zakonnicy byli założycielami ich rodzinnego miasteczka. Von Blankenburgowie uhonorowali więc w nowym herbie, założycieli miasta, którymi według ich wiedzy byli joannici.

zlozenie miroslawieckie

Rys 7. Rysunek ilustruje hipotetyczne złożenie herbu von Blankenburgów z krzyżem maltańskim. Przedstawiono również numerację pól

 W ten sposób dotarliśmy poruszyliśmy już trudne zagadnienie pochodzenia krzyża maltańskiego w herbie Mirosławca. Interpretacja tego symbolu znajduje się w książce Andrzeja Plewako i Józefa Wanaga – „Herbarz miast polskich”:

Herb z tarczą czwórdzielną w krzyż przedstawia w polach błękitnych dwie koźle głowy, w polach czerwonych dwa srebrne maltańskie krzyże, ułożone naprzemianlegle. Herb znany począwszy od XVI wieku, nawiązuje do tradycji zakonu Joannitów, dawnych właścicieli miasta[1].

Krzyż maltański jest rzeczywiście symbolem zakonu joannitów, którego komandoria znajdowała się w XIV w. na terenach wokół jeziora Drawsko. Jednakże brak jest jakichkolwiek dokumentów, potwierdzających fakt posiadania miasta Mirosławiec przez ten zakon, a znane nam źródła zdają się temu przeczyć. Dlatego autorzy powyższej interpretacji symboliki mirosławieckiego herbu zbyt pochopnie określili zakon joannitów, jako „dawnych właścicieli miasta”. Twierdzenie to jest dość bezrefleksyjnie powtarzane w licznych publikacjach internetowych.

Niezaprzeczalnym faktem jest, że rzekome związki dziejów Mirosławca z zakonami joannitów, a nawet templariuszy, głęboko utrwaliły się w świadomości wielu pokoleń mieszkańców miasteczka. Symbole umieszczane na herbach miast nierzadko nawiązują do utrwalonych mitów lub nawet legend. Przykładów jest aż nadto, choćby syrena w herbie Warszawy, czy też żmij w godle Żmigrodu. Dlatego, jak napisałem już powyżej, obecność krzyży maltańskich w herbie Mirosławca wskazuje, że twórcy tego herbu prawdopodobnie wierzyli w związki miasta z zakonem joannitów, co wcale nie znaczy, że takie związki faktycznie zaistniały w przeszłości.

PRZYPISY

[1] M. Gumowski, Pieczęcie I herby miast pomorskich, Toruń 1939r., s 46

[2] B. Engel, Die mittelslterlichen Siegel des Thorner Rathsarchivs, mit besonderer Beruecksichtigung des Ordenslendes, cz. 1. Ordensbeamte und Staedte, Toruń 1894 r. s. 11.

[3] M. Gumowski, Pieczęcie I herby miast pomorskich, Toruń 1939r., s 46

[4] A. Plewako, J. Wanag, Herbarz miast polskich, Warszawa 1994 r.,

[5] M. Gumowski, Pieczęcie I herby miast pomorskich, Toruń 1939r., s 46

[6] G. J. Brzustowicz, Rycerstwo ziemi choszczeńskiej XIII-XIV wieku, Warszawa 2004 r., s. 346

[7] A. Plewako, J. Wanag, Herbarz miast polskich, Warszawa 1994 r.

Engel o pieczęci z 1402 r. miasta Friedland

torun siegel

Powyżej mamy oryginalne hasło z dzieła Engela. Zaintrygowany artykułem o pieczęciach postanowiłem drążyć temat. Moim zdaniem istnieją poważne wątpliwosci, czy chodzi o nasz Friedland, czyli Mirosławiec.

Po nazwie Friedland autor napisał „który? Dokument nic o tym nie mówi”. Engel więc nie rozstrzygał, o jakie miasto chodzi.

Opis herbu: „Brama miejska z dwoma wieżami, miedzy nimi prosta trójkątna tarcza z lwem (?) skaczącym w prawo”. Autor ma znowu wątpliwość, czy chodzi o lwa, co zaznaczył znakiem zapytania. A może na tej niewyraźnej pieczęci widnieje dzik? Dlaczego? Otóż opis tego herbu bardzo pasuje do Friedlandu na Dolnym Śląsku (dziś Mieroszów). Mamy tam dwie wieże i bramę miejską oraz dzika.

Współczesny herb Mieroszowa:

herb_mieroszow

Starszy herb Mieroszowa (Huppe):

mieroszów stary

Może ktoś dysponuje oryginalnymi zapisami Huppego (mam tylko heft 2, a potrzebny jest heft 1) i Siebmachera? Warto je przedyskutować i przeanalizować.

Robi się ciekawie, zapraszam do dyskusji.

FRYDLĄD MARCHIJSKI /Mirosławiec/

Miasto w pow.wałeckim ,założone za czasów krzyżackich,używało w rozmaitych czasach różnych herbów na swoich pieczęciach. Najdawniejszej , jeszcze z XIV wieku pochodzącej pieczęci widać jakby bramę miejską z dwiema fortecznymi basztami po bokach, miedzy którymi zaś umieszczona jest tarcza trójkątna  z lwem lub orłem . W otoku napis majuskułowy: +s. CIVITATIS . DE . FRIEDELANT (50m/m). Pieczęć taka wyciśnięta była na dokumencie z 1402 r. w archiwum toruńskim ale dziś został z niej tylko  ślad dość wyraźny  by napis odczytać ,ale za mało wyraźny , by rozpoznać , co było na tarczy środkowej. Engel przypuszcza , że to był wspięty  na prawo lew,bardzie jednak prawdopodobne, że to był orzeł brandenburski . nieco inny herb podaje Siebmacher: oto rysuje w tarczy trzy baszty forteczne i dwie arkady, a pod nimi dwóch stojących rycerzy z mieczem i proporcem w reku oraz ze spuszczoną przyłbicą na głowie.

Miedzy nimi u dołu na środkowej wieży tarcza z orłem. Autor ten nie powiada jednak gdzie herb widział, ani z jakiej pieczęci go odrysował . Hupp przypuszcza , że Siebmacher  pomylił miasto nasze  z Frydlądem meklenburskim. Mimo to pewna zgodność z pieczęcią Archiwum toruńskie świadczy, że raczej Siebmacher miał rację.

Jak długo poprzednio opisane herby były w użyciu, nie wiadomo, gdyż  następna znana pieczęć pochodzi dopiero z końca XVII wieku i wyobraża znowu co innego. Jej tarcza jest bowiem cztery polowa i ma w pierwszym i czwartym polu głowę kozła , a w drugim i trzecim polu krzyż Joannitów. Na tarczy jest korona, a o otoczeniu napis: CIVITAS . FRYDLAND . POL (owal 29-27 m/m), z czego wynika , ze wówczas za czasów Sobieskiego miasto zwało się FRYDLĄDEM  POLSKIM.                Z następnego XVIII wieku znana jest tez jedna pieczęć , ale  zrobiona juz po pierwszym rozbiorze i po przejściu miasta pod panowanie pruskie. Wyobraża ją poprzednia ,tarcze czteropolową z koroną na wierzchu, ale umieszczona na paludamencie gronostajowym , nad korona zaś orła pruskiego. W otoku nosi napis : STADT M: FRIEDLAND (35m/m) . Pieczecie następne  z XIX wieku nie noszą już żadnego herbu lokalnego, tylko zwykłego orła pruskiego.

Wobec powyższego , herbem miasta będzie tarcza cztero – polowa z głową kozła i  krzyżem maltańskim na przemian . W kolorach możne być to być biała głowa kozła z złotymi rogami na tle niebieskim i biały krzyż na tle czerwonym.

Materjały z : Siebmacher , Wappenbach, j.w., str.155. –  Engel, Die mittelalt . Siegel ,j.w., str.11 – Hupp, Wappen  u . Siegel, j.w., str. 4 – Tenże, Ortswappen II, nr. 108.

Zagadka ostatniej szarży – Borujsko 1945 – cz. 2

Jarosław Leszczełowski

Po zaznajomieniu się z terenem możemy teraz powrócić do publikacji zawierających opis bitwy o Borujsko, która rozpoczęła się 1 marca 1945 r. rano o 9.00 i stanowiła część szerzej zakrojonych działań 1 Armii Wojska Polskiego.

Przedstawimy najpierw podstawowe informacje dotyczące planów i zamiarów polskich dowódców dotyczących walki w rejonie Borujska.

Dowódca armii zamierzał rozłupać pozycję ryglową, wyprowadzając główne uderzenie na Borujsko, Żabin i Góry Smolne siłami 1 i 2 Dywizji Piechoty, za którymi czaiła się w odwodzie 4 Dywizja Piechoty. Pozostałe dwie dywizje 3 i 6 prowadziły działania obronne. Wyjątek stanowił 14 pułk piechoty 6 Dywizji Piechoty, który atakował Góry Smolne. Borujsko leżało w pasie natarcia 2 Dywizji Piechoty dowodzonej przez pułkownika Jana Rotkiewicza. Rozkazem dowódcy armii dowódcy tej dywizji przydzielono 2 Brygadę Artylerii Haubic, 1 Brygadę Pancerną oraz 13 Pułk Artylerii Pancernej. Wśród tych jednostek nie było 1 Brygady Kawalerii, która wraz z 4 Dywizją Piechoty znajdowała się w odwodzie ogólnym dowódcy armii. Innymi słowy o użyciu brygady decydowało dowództwo armii[i]. Zauważyć należy, że ze składu tej brygady wydzielono grupę konną przeznaczoną do współdziałania z 1 Brygadą Pancerną, co oznacza, że już na etapie formułowania decyzji i rozkazu bojowego sztab armii przewidywał współdziałanie czołgów z grupą kawalerii. W punkcie 5. tabeli organizacji i współdziałania jednostek opisano zadanie grupy konnej 1 Brygady:

grupa konna w składzie dwóch zbiorczych szwadronów konnych 2 i 3 pułków ułanów pod dowództwem podporucznika Zbigniewa Staraka i podporucznika Mieczysława Spisackiego, wzmocnionych 2 baterią 4 dywizjonu artylerii konnej, plutonem moździerzy i dwoma ciężkimi karabinami maszynowymi na taczankach, którą dowodził zastępca dowódcy pułku ułanów do spraw liniowych Walerian Bogdanowicz, miała być gotowa do wsparcia powodzenia 1 Brygady Pancernej współdziałającej z 2 Dywizją Piechoty”[ii]

Innymi słowy grupa konna, jako tzw. jednostka szybka, miała wejść do akcji po przełamaniu obrony nieprzyjaciela przez czołgi. Tak należy rozumieć sformułowanie „wesprzeć powodzenie 1 Brygady Czołgów”. Po rozbiciu niemieckiej obrony przez czołgi i piechotę kawaleria miała wejść w ugrupowanie nieprzyjaciela, żeby brać udział walkach pościgowych i dezorganizować proces wycofywania się Niemców i uniemożliwiać im przygotowanie kolejnych pozycji obronnych. Nie było w tym nic zaskakującego.

Jednakże ze wspomnień podporucznika[iii] Zbigniewa Staraka, znajdujących się w zbiorach Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu wynika, że już wieczorem 28 lutego planowano, że kawaleria będzie szarżować konno z szablami w dłoni, co było dość zaskakujące, gdyż ta forma walki była na ówczesnym polu walki stosowana bardzo rzadko. Jest dość oczywistym, że szarża ta miała być dokonana na rozbitego przez czołgi, wycofującego się nieprzyjaciela. Na tym etapie nikt chyba nie zamierzał kruszyć niemieckiej obrony szarżującą kawalerią, gdyż taki rozkaz nie byłby racjonalny. Zamiary zamiarami, a rzeczywistość rządzi się swoimi prawami.

Zrelacjonowanie przebiegu działań bojowych, jakie miały miejsce 1 marca 1945 r., nie jest łatwe, gdyż opisy zawarte w publikacjach i wspomnieniach różnią się bardzo od siebie, a w wielu (nawet tych najnowszych) znajdują się poważne błędy, które świadczą o kompletnej nieznajomości terenu przez ich autorów. Opierając się na najbardziej wartościowych opracowaniach i relacjach uczestników walk, przebieg bitwy można przedstawić w poniższy sposób.

Po trzydziestominutowym przygotowaniu artyleryjskim i ataku lotnictwa, ok. godz. 9.00 od wschodu w kierunku szosy Żabin-Mirosławiec, ruszyło natarcie 5 pułku piechoty 2 Dywizji Piechoty. Nasi piechurzy szli w swych ciemnozielonych płaszczach po ośnieżonym, rozległym i otwartym polu. Niemieckie karabiny maszynowe i moździerze otworzyły morderczy ogień, w wyniku czego pole pokrywało się nieruchomymi ciemnymi sylwetkami zabitych Polaków. W końcu dwa pierwszorzutowe bataliony zaległy. Dotarły one na odległość ok. 300 metrów od szosy prowadzącej do Mirosławca. Ogień kaemów i moździerzy był tak silny, że żołnierze nie mogli się ruszyć z miejsca. Wtedy niemieckie pozycje zostały ponownie zbombardowane przez polskie i sowieckie samoloty, a dowódca pułku wprowadził do walki drugorzutowy batalion, co pozwoliło zbliżyć się do szosy na odległość 150 metrów, ale w tym miejscu natarcie znowu utknęło. O 11.00 do wsparcia piechoty skierowano 2 batalion czołgów i baterię kilku dział pancernych Su-85. Wyszczerbiony we wcześniejszych walkach batalion był batalionem czołgów tylko z nazwy, gdyż posiadał jedynie cztery maszyny klasy T-34 (prawdopodobnie w wersji T-34/85). Kiedy czołgi i działa pancerne, osiągnęły linię piechoty, ta próbowała wznowić natarcie, co jednak uniemożliwił zmasowany ogień niemieckiej broni maszynowej. Dlatego też czołgi bez osłony piechurów zbliżyły się do linii niemieckich i wtedy uaktywnili się strzelcy pancerfaustów ukryci we wnękach przed szosą. Wkrótce trafiony został pierwszy czołg, a potem drugi… Inne maszyny pozbawione osłony piechoty, nie mogły nacierać w tych warunkach. Znowu impas. Krwawy bój trwał już od sześciu godzin. Natarcie trzeba było wzmocnić i to bardzo poważnie albo znowu pogodzić się z porażką.

1marca_zalegliUproszczony schemat walk na pozycji ryglowej pomiędzy Borujskiem a Górami Smolnymi do połowy dnia 1 marca 1945 r. opr. J. Leszczełowski

su85_2Działa pancerna Su-85. Fot. nieznanego autora. Źródło: www.las-arms.ru.

Wydano rozkazy do kolejnego znacznie silniejszego natarcia. Kto był autorem tej decyzji nie jest jasne, gdyż informacje na ten temat zawarte w relacjach i powojennych publikacjach przeczą sobie nawzajem. Antoni Jasiński – autor wydanej w 1958 r. książki „Przełamanie Wału Pomorskiego”, który dokonał solidnej analizy dokumentacji archiwalnej, napisał:

„[…] dowódca dywizji około godziny 14.00 wprowadził do walki 4 pułk piechoty (bez 2 batalionu) oraz 1 batalion czołgów z baterią 13 pułku artylerii pancernej (5 dział) i batalionem piechoty zmotoryzowanej 1 brygady pancernej jako desant na czołgach. Dowódca armii skierował również do uderzenia na Borujsko grupę konną 1 brygady kawalerii.” [i]

Miały to być więc dwie odrębne decyzje podjęte na szczeblu dywizji i armii. Powstaje pytanie, kto w takim razie tak znakomicie skorelował czasowo kawaleryjską szarżę i atak piechoty, dział pancernych i czołgów.

Wiadomym jest też, że do koordynacji boju na głównym kierunku uderzenia armii został wyznaczony zastępca dowódcy armii do spraw liniowych – Marek Karakoz. Innymi słowy oficer ten koordynował uderzenie 1 i 2 Dywizji wraz z przydzielonymi im oddziałami. Punkt obserwacyjny generała Karakoza znajdował się na lewym skrzydle 2 Dywizji Piechoty. Możemy przyjąć za pewnik, że miał on doskonały przegląd sytuacji. Wszystko na to wskazuje, że mógł on wydawać rozkazy dowódcy 1 Brygady Kawalerii. Zbigniew Flisowski – znawca tematu i uczestnik walk na pozycji ryglowej – napisał:

„Zastępca dowódcy armii staje jednak na stanowisku, że trzeba uderzyć całą siłą – wszystkimi opancerzonymi lufami, jakie ma się pod ręką, wszystkimi czołgami, zwłaszcza, że są wsparte organiczną piechotą brygady pancernej i piechotą 2 dywizji”[ii]

Sprawę wydają się rozstrzygać wspomnienia podporucznika Zbigniewa Staraka, który zapisał:

„Po godzinnym marszu zameldowałem się u dowódcy 2 dywizji piechoty Rotkiewicza, który po serdecznym przywitaniu rozkazał być w każdej chwili w gotowości do działań. Dowódca dywizji znajdował się na wysuniętym punkcie obserwacyjnym […]”

W niedługim czasie zostałem ponownie wezwany do dowódcy dywizji i po zameldowaniu się otrzymałem rozkaz uderzenia w szyku konnym na miejscowość Borujsko, z zadaniem jej opanowania oraz zabezpieczenia przez baterię 76 mm rozwidlenia dróg na zachód od m. Borujsko […]”

Według Zbigniewa Staraka dowódca 2 Dywizji Piechoty – Jan Rotkiewicz – wydawał rozkazy szwadronom przeznaczonych do wsparcia piechoty i czołgów. Możemy chyba polegać na relacji dowódcy szarży i przyjąć, że bojem o Borujsko kierował bezpośrednio dowódca 2 Dywizji Piechoty.

W każdym razie do ataku na Borujsko ruszył teraz świeży 4 pułk piechoty z 1 batalionem czołgów 1 Brygady Pancernej, liczącym aż 12 maszyn (niektórzy piszą nawet o 14) typu T-34. oraz baterią kilku dział pancernych Su-85. Ponadto czołgom towarzyszył batalion fizylierów (zwany też batalionem zmotoryzowanym), którzy uzbrojeni byli w pistolety maszynowe PPSz (pepesze) oraz rusznice przeciwpancerne. Część z tych żołnierzy usiadła na pancerzach czołgów jako tzw. desant.

Później ruszyły szwadrony dowodzone przez Zbigniewa Staraka, które zgodnie z wcześniejszymi planami miały wykorzystać chaos w szeregach przeciwnika po rozbiciu jego linii obrony przez czołgi wsparte piechotą 4 pułku. Kawaleria miała wykorzystać przełamanie obrony przez czołgi i wejść w ugrupowanie cofającego się nieprzyjaciela, żeby jako tak zwana grupa szybka, brać udział w walkach pościgowych i dezorganizować proces wycofywania się Niemców. Wydawało się, że atak licznej piechoty wsparty stosunkową pokaźną liczbą czołgów i dział pancernych rozłupie niemieckie linie obrony. Stało się jednak inaczej.

Kiedy rozpoczynał się ten końcowy bój o Borujsko nikt pewnie jeszcze nie przypuszczał, że kawaleria i do tego szarżująca konno, odegra istotną rolę w kruszeniu dobrze przygotowanej linii obronnej. Jak napisałem już wcześniej, zaplanowano konną szarżę i ułani byli na nią przygotowani, jednak jej celem miał być rozbity przez polskie czołgi, cofający się lub nawet uciekający nieprzyjaciel.

t-34_model_1941_or_1942_crimeaCzołg T-34/76 z fizylierami jako desant. Fot. nieznanego autora

Niemcy wiedzieli, że atak czołgów i piechoty jest bardzo groźny i skoncentrowali na nim cały ogień broni maszynowej i moździerzy. Obrońcy Borujska usiłowali pozbawić czołgi osłony, jaką oferowała im piechota, gdyż inaczej nie udałoby się skutecznie użyć pancerfaustów. Ogień maszynowy był potężny i w końcu piechota 4 pułku musiała zalec. Scenariusz porannego ataku realizowany był więc i tym razem. Jednak zaaferowani tą walką Niemcy, nie zwracali pewnie uwagi na trzymające się początkowo z tyłu dwa szwadrony kawalerii. Walka prowadzona przez czołgi, fizylierów i piechotę pozwoliła kawalerzystom bardzo zbliżyć się do linii niemieckich położonych za szosą. Ponadto, jak wspomina ppor. Starak, zbliżenie się do niemieckich linii obronnych ułatwił również gęsty dym palącego się polskiego czołgu.

Gdyby Niemcy wcześniej skoncentrowali ogień broni maszynowej na ułanach, doszłoby do masakry. Na szczęście zajęci zwalczaniem śmiertelnie niebezpiecznego ataku piechoty i czołgów, hitlerowcy nie dostrzegli ataku zbliżających się kawalerzystów, którzy nagle wyskoczyli zza linii czołgów 1 batalionu. Moim zdaniem, ten moment walki był kluczowy dla sukcesu kawaleryjskiego ataku. Tu tkwi rozwiązanie tytułowej zagadki tej niewiarygodnej szarży. Silny atak piechoty i czołgów z fizylierami umożliwił kawalerzystom pokonanie rozległych pól i przeprowadzenie szarży ze stosunkowo niewielkiej odległości (!). Zwróćmy też uwagę, że w tym momencie doszło do zasadniczej zmiany planów, co do użycia kawalerii. Otóż piechota i czołgi nie potrafiły rozbić linii obronnej. Nie było więc planowanej szarży na rozbitego nieprzyjaciela, lecz konny atak z szablami w ręku na szachownicę pancerfaustników oraz linię okopów za szosą. Trochę wariacki, a trochę dziwaczny atak szarżującej kawalerii na niemieckie umocnienia polowe był więc efektem zaistniałej sytuacji.

Kawaleria bez strat dotarła na tak bliską odległość, że obrońcy okopów za szosą nie byli w stanie zareagować. Polskie szwadrony minęły linię czołgów i rozwinięte do ataku pędziły cwałem w kierunku struchlałych Niemców. Ułani rozprawili się ze strzelcami pancerfaustów i przeskoczyli linię okopów z głośnymi okrzykami „HURRA!”, rąbiąc wszystkich, którzy stanęli im na drodze! Niemcom puściły nerwy. Słychać było wypełnione trwogą wrzaski: „KAVALERIE!!!”, „KAVALERIE!!!” „KOSAKEN!!!!!”.

Kiedy strzelcy pancerfaustów zostali przyduszeni do ziemi lub posiekani szablami, zdecydowanie do przodu ruszyły polskie czołgi, Nikt ich już nie był w stanie zatrzymać. W euforii zerwała się do ataku piechota 4 i 5 pułków piechoty. Gromki okrzyk „HURRRA!” słychać było w całej okolicy. Niemcy pierzchali w popłochu w kierunku wsi.

Natomiast kawaleria była już w jarach otaczających wieś od wschodu. Tam padły rozkazy poruczników Staraka i Spisackiego do spieszenia. Koniowodni odciągnęli zwierzęta w bezpieczne ukrycia, a ułani ruszyli na pieszo w kierunku ufortyfikowanej wsi. Czekała ich jeszcze twarda walka, ale nie będą już sami. Do jarów dociera polska piechota, a czołgi ogniem na wprost ostrzeliwują budynki w Borujsku.

Zbigniew_Starak_KopiowanieMjr Zbigniew Starak – powojenne zdjęcie dowódcy szarży pod Borujskiem. Fot. ze zbiorów Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu.

To dobry moment, żeby odtworzony przeze mnie przebieg bitwy i szarży grupy konnej skonfrontować ze wspomnieniami podporucznika Zbigniewa Staraka. Dotarłem do trzech relacji dowódcy borujskiej szarży. Pierwsza ma formę maszynopisu i została udostępniona przez Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu:
„Strzeliła w górę czerwona rakieta – to sygnał do ataku. Padła komenda LANCE, SZABLE W DŁOŃ”. Rozwinięte w linię plutony wyskoczyły z lasu do szarży, utrzymując kierunek na wieś Borujsko. Cwałem doszliśmy do toru kolejowego, przeskoczyliśmy przezeń, przejechaliśmy się po szachownicy grenadierów, którzy niszczyli nam pancerfaustami czołgi. Tuż przed wsią znajdował się głęboki jar, w którym wydałem rozkaz „do walki pieszej z koni”
Komenda „Lance, szable w dłoń!” miała tradycyjne brzmienie, gdyż podobnie jak ich poprzednicy z 1939 r. ułani 1 Brygady Kawalerii nie używali lanc w walce. W relacji charakterystyczny jest lakoniczny opis samej szarży. Wydaje się, że z powodów wskazanych powyżej jeźdźcy niemal całkowicie uniknęli ognia karabinów maszynowych i niemal bez strat dotarli do jaru. Na kolejnych stronach maszynopisu ppor. Starak dość szczegółowo opisuje ciężkie walki piesze we wsi. Dla dowódcy szarży rozbicie niemieckiej linii obronnej za szosą nie było warte dłuższej opowieści. Zaskoczeni i przerażeni Niemcy nie stawili oporu, chociaż wcześniej odpierali ataki licznej piechoty, czołgów i dział pancernych.
Drugą relację dowódcy szarży spisał inny uczestnik walk na pozycji ryglowej, pisarz i dziennikarz Zbigniew Flisowski:
„Przed samą szosą zrobili szachownicę z pancerfaustów fantastycznie zamaskowanych, każdy w dołku, obok po dziesięć sztuk poukładanych pancerfaustów. Widziałem to jakimś rzutem oka z rozpędzonego konia. Plutony pędziły teraz prawie w jednej linii cwałem. Zdzierałem sobie gardło, poprawiając szyki. Wspaniały to był widok ta rwąca fala naszego natarcia. Minęliśmy piechotę, minęliśmy czołgi. O czym się myśli w takiej chwili? Tylko o jednym: dorwać się do wroga. Przeskoczyliśmy przez wnęki pancerfaustników, konie brały rowy, kto się wychylił lub uciekał dostawał szablą!”
W uzupełnieniu tej wypowiedzi Zbigniew Flisowski dopisał: „Szarżujący dopadli szosy, przeskoczyli ją i zaczepili się o parowy przed wsią […]”
Trzecia opowieść ppor. Zbigniewa Staraka przytoczona została w książce „Hej, hej ułani…” autorstwa E. Kospatha-Pawłowskiego, S. Pataja oraz M. Szczurowskiego:
„Sama zaś szarża przedstawiała się malowniczo. Ostrym galopem doszliśmy do toru kolejowego, wyminęliśmy gniazda rannych i przeskoczyliśmy przezeń. Rów między torem a szosą pokonaliśmy w pełnym galopie, wykorzystując jako osłonę czarny dym z płonącego czołgu. Wymijaliśmy zdziwionych żołnierzy 2 dywizji piechoty i prawie bez strat zaatakowaliśmy okopy przeciwnika, z których pryskali jak myszy spod miotły wystraszeni żołnierze niemieccy, porzucając broń. Cięliśmy i dalej. Tuż przed Borujskiem dopadliśmy jaru, który przylegał prawie do samej wsi. Spieszyliśmy się i ruszyliśmy do ataku w kierunku kościoła.”

szarza1Obraz „Ostatnia szarża kawalerii polskiej”, Michał Bylina, 1981 r., ze zbiorów Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie.

szarza2Obraz „Szarża 1 Brygady Kawalerii LWP pod Borujskiem 1 marca 1945r.”, Zdzisław Walczak, olej, płótno, 130×170 cm, 1987 r. Za http://www.arte.fm/borujsko/10746/preview/ , admin@arte.fm

Słowo „Rów” jest wynikiem pomyłki, musiało chodzić pewnie o przestrzeń „między torem a szosą”. Niestety, takie literówki żyją niekiedy swoim własnym życiem. Powyższy fragment przeczytało najwyraźniej kilku autorów popularnych publikacji, którzy pochopnie uwierzyli w istnienie rowu lub jaru, którym ułani dotarli w rejon walk. Takiego dogodnego jaru, niestety, nie było.
Zestawienie tych trzech nieco odmiennych lecz spójnych relacji pozwala odtworzyć prawidłową kolejność wydarzeń, którą podaję poniżej. Nawet niewielka, niefrasobliwa zamiana tej kolejności prowadzi do wypaczenia obrazu bitwy. Wspominam o tym nie bez przyczyny, gdyż kolejność ta bywa bezrefleksyjnie przestawiana, co uniemożliwia zrozumienie roli konnej szarży w borujskiej bitwie. Oto prawidłowa kolejność wynikająca min. z relacji dowódcy szarży:
1) przekroczenie toru kolejowego;
2) przecwałowanie większości pola na zachód od toru pod osłoną walczących w przodzie piechoty, czołgów i dział pancernych oraz dymów spalonych czołgów;
3) wyprzedzenie piechoty, która wcześniej zaległa pod ogniem nieprzyjaciela;
4) wyprzedzenie czołgów, które zwolniły obawiając się pancerfaustów;
5) rozgromienie grenadierów ukrytych w szachownicy wnęk;
6) przeskoczenie szosy;
7) atak na okopy za szosą i ucieczka Niemców;
8) przecwałowanie wąskiego odcinka pola między okopami a jarami;
9) spieszenie szwadronów w jarach;
10) kontynuacja ataku w szyku pieszym i krwawe walki o zabudowania w Borujsku.

Walczący we wsi Niemcy długo jeszcze nie dawali za wygraną. Trwał zacięty bój o każdy dom, ale zdobycie miejscowości było już tylko kwestią czasu, zwłaszcza że do wsi wpadli piechurzy z wykrwawionego 5 pułku i świeże bataliony 4 pułku piechoty, a polskie czołgi objechały jary od południa i wjechały do wsi. Nie pomógł niemiecki kontratak wyprowadzony około 17.00. Borujsko zostało zdobyte! Zbigniew Flisowski napisał, że jeden z wziętych do niewoli weteranów ze 163 Dywizji Piechoty powiedział, że tak świetnego natarcia nie widział w ciągu całej wojny. Myślę, że wiedział, o czym mówił.
Dzięki zwycięstwu pod Borujskiem Polacy przebili pozycję niemiecką opartą o jeziora Buszno i Dramienko. Możliwy stał się atak na zachód od tych jezior, np. z Borujska w kierunku Żabinka (patrz na uproszczony schemat sytuacyjny poniżej).

1marca_borujskoUproszczony schemat sytuacji po zwycięskiej bitwie po Borujskiem. Polacy przebili pozycję opartą o jeziora Buszno i Dramienko. Możliwy stał się atak na zachód od tych jezior, np. z Borujska w kierunku Żabinka. Sporządził J. Leszczełowski.

Zbigniew Starak był przedwojennym oficerem 23 Pułku Ułanów Grodzieńskich, który walczył w Kampanii Wrześniowej. Może nie wszyscy wiedzą, że pułkownik Zbigniew Starak pozował do rzeźby ułana na Pomniku Tysiąclecia Jazdy Polskiej, który został odsłonięty 3 maja 1994 r. w Warszawie.
Uwagę zwracają niskie straty po stronie naszej kawalerii. Mówi się o 7 lub 15 zabitych ułanach. Te różne liczby wcale nie muszą być sprzeczne, gdyż autorzy opracowań mogą mieć na myśli straty w samej szarży lub łączne straty szwadronów: w szarży i w walce pieszej. Szarża była więc spektakularnym sukcesem.
Oczywiście nie może być mowy o znalezieniu nowego sposobu na prowadzenie walki. Zaskoczenie niekonwencjonalnym użyciem kawalerii i duża doza szczęścia tym razem zrobiły swoje, ale powtórzenie takiej formy działań mogło zakończyć się w przyszłości krwawą jatką. Dlatego też była to już ostania szarża w dziejach polskiej wojskowości.
Dziś Borujsko, nie wiedzieć czemu, nosi nazwę Żeńsko. Dokonana w 1947 roku zmiana nazwy dość skutecznie utrudnia turystom odnalezienie miejsca, gdzie odbyła się „Ostatnia szarża ostatnich ułanów Rzeczpospolitej, 1 Samodzielnej Warszawskiej Brygady Kawalerii.”, jak to napisano na pomniczku przy szosie.
Warto zwrócić uwagę, że pomniczek w Borujsku nie jest tym, który ustawiono w tym miejscu w 1965 r. Ten pierwszy obelisk wymagał pewnie renowacji, co też uczyniono. Jednak nie wiedzieć czemu, na nowej tablicy umieszczono znacznie krótszy i dość lakoniczny napis. We wspomnianej książce „Hej, hej ułani…” znajdziemy dawną treść napisu:
„Ułanom 1 Warszawskiej Brygady Kawalerii Pierwszej Armii Wojska Polskiego
W dniu 1 marca 1945 r. 1 Warszawska Brygada Kawalerii współdziałając z czołgistami 1 Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte, ostatnią brawurową szarżą w dziejach polskiej kawalerii przełamała tu opór wroga i zdobyła Borujsko.
Polegli w tej szarży: plutonowy Roman Jakubowski, Kapral Władysław Stefaniszyn, st. ułan Jan Dzieniak, ułan Gabriel Kalko, ułan Cezary Kandak, ułan Bolesław Sanpel
Cześć ich pamięci!
Społeczeństwo Ziemi Koszalińskiej
Październik 1965”
Skrócenie tego napisu z pominięciem nazwisk poległych ułanów było, moim zdaniem, bardzo nietrafionym pomysłem.

DSC_2462Pomnik poświęcony ostatniej szarży ostatnich ułanów Rzeczypospolitej. Fot. J. Leszczełowski.

Na zakończenie dodam, że można spotkać się z poglądami, że polscy ułani szarżowali jeszcze w kwietniu 1945 r. na terenie Niemiec. Przez niektórych forsowana jest też informacja o szarży w Bieszczadach w 1947 r. podczas walk z UPA. Podchodzę to tych stwierdzeń z dużą rezerwą, gdyż walka ułanów, wcale nie oznacza szarży konnej. Żołnierze ci zdecydowanie częściej walczyli pieszo. Z pewnością też walki kawalerzystów w kwietniu 1945 r., a już na pewno w Bieszczadach, nie miały takiego rozmachu i znaczenia jak szarża pod Borujskiem. Moim zdaniem, możemy być zupełnie spokojni: ostatnia szarża polskiej kawalerii miała miejsce w naszym regionie, co zostało uznane choćby na Pomniku Jazdy Polskiej, gdzie nie tylko upamiętniono sylwetkę dowódcy borujskiej szarży – Zbigniewa Staraka, ale wśród 43 tablic z nazwami bitew umieszczono ostatnią, która nosi napis: „BORUJSKO 1945”.

[i] A. Jasiński, Przełamanie Wału Pomorskiego, Warszawa 1958, s. 328.

[ii] Z. Flisowski. Pod Mirosławcem Borujskiem Złocieńcem, Warszawa 1974, s. 76

[iii] A. Jasiński, Przełamanie Wału Pomorskiego, Warszawa 1958, s. 313.

[iV] E. Kospath-Pawłowski, S. Pataj, M. Szczurowski, Hej, hej, ułani…, Warszawa 1997, s. 163

[V] Z. Starak, Wspomnienia bez tytułu – maszynopis, Archiwum Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu, nr inw. MOPK-RR-20.

Zagadka ostatniej szarży – Borujsko 1945 – cz I

(Artykuł umieszczam trochę dla wypróbowania środowiska, a trochę żeby pokazać pewien ważny epizod historyczny, który rozegrał się w najbliższym sąsiedztwie Mirosławca. J. Leszczełowski)

Jak doszło do bitwy pod Borujskiem? Wielu czytelników zna doskonale historię walk I Armii Wojska Polskiego o przełamanie pozycji głównej Wału Pomorskiego. Po tym udanym ale ciężkim boju polskie dywizje i brygady ruszyły na zachód w stronę Mirosławca, zostawiając na północy rozciągniętą i nieosłoniętą flankę. W każdej chwili groził tu niemiecki kontratak od północy, który mógłby mieć bardzo poważne konsekwencje dla polskich jednostek. Polskie dywizje zrobiły więc zwrot ku północy i zaczęły powoli nacierać w tym kierunku. Teren jednak był niezwykle trudny: jeziora, pagórki, rzeki, strumienie i lasy. To doskonałe warunki, żeby zorganizować skuteczną obronę. Nasi żołnierze musieli jednak nacierać, co powodowało coraz poważniejsze straty. Przez trzy tygodnie toczyły się walki, a rozstrzygnięcie nie następowało. Po polskich atakach następowały niemieckie kontrnatarcia, a po nich polskie przeciwuderzenia. Wsie przechodziły z rąk do rąk. Nie były to przelewki, ale zacięte i krwawe walki. Najlepiej o tym świadczy fakt, że 2. Dywizja Piechoty w dniach 10-14 lutego 1945 r. poniosła bardzo ciężkie straty, jej 5. Pułk Piechoty stracił 249 zabitych i 600 rannych, co stanowiło blisko połowę jego stanu[i]. Dla porównania w ciągu 11 dni walk o Kołobrzeg, które uchodzą za niezwykle zaciekłe, trzy polskie dywizje, czyli dziewięć pułków piechoty, naliczyły 1013 poległych. Te liczby pokazują, jak intensywne zmagania toczyła I Armia Wojska Polskiego, walcząc m. in. o Sośnicę, Świerczynę, Nowe Laski, Otrzep i Wielboki.

Do apogeum tych walk miało dopiero dojść na tzw. pozycji ryglowej, położonej ok. kilkunastu kilometrów na południe od Złocieńca i Drawska Pomorskiego. Niemiecka linia obronna ciągnęła się od Nadarzyc (miejsce styku z Wałem Pomorskim) poprzez Wielboki, Świerczynę i Sośnicę do umocnień w rejonie Wierzchowa, Żabina, Żabinka, Gór Smolnych i Borujska. Ta ostatnia pozycja nazywana też była „rejonem umocnionym pozycji ryglowej” i zamykała pasmo terenu ciągnące się między jeziorami Lubieszewo i Wąsosze. Była to więc swoista brama prowadząca do Złocieńca, Drawska Pomorskiego i dalej na północ. Nie były to umocnienia równe tym na właściwym Wale Pomorskim, nie użyto tutaj betonu, lecz w naprędce rozbudowano drewniano-ziemne fortyfikacje polowe. Dlatego używanie nazwy „pozycja ryglowa Wału Pomorskiego” nie jest do końca prawidłowe, gdyż składający się z licznych betonowych fortyfikacji Wał Pomorski był budowany już w latach trzydziestych XX w., natomiast pozycja ryglowa powstała, najprawdopodobniej, dopiero po przebiciu Wału Pomorskiego poniżej Nadarzyc. Niemcy wykorzystali pewien zastój w działaniach bojowych, żeby dobrze się okopać na pozycji ryglowej. W rejonie Wierzchowa, Żabina i Borujska rozmieścili doborowe oddziały bawarskiej 5. Dywizji Lekkiej, którą w nocy 23 lutego 1945 r. zastąpiły zaprawione w walkach w Karelii i złożone z weteranów 307. i 324. pułki grenadierów 163. Dywizji Piechoty generała Karla Rübera. Wsie Borujsko, Żabin, Żabinek, Wierzchowo oraz Góry Smolne zamieniono w małe reduty, o które przyjdzie walczyć, zdobywając dom po domu i niemal każdy metr ziemi. Walory obronne rejonu umocnionego znacząco poprawiały dwa długie jeziora: Busko i Dramienko, a przede wszystkim Góry Smolne, które dominowały nad całą okolicą i najeżone były trzema liniami niemieckich fortyfikacji polowych. Do obrony wykorzystano wszelkie okoliczne wzgórza, umieszczając tam stanowiska karabinów maszynowych. W zagłębieniach terenowych kryli się liczni strzelcy pancerfaustów, a na drzewach, kominach i wieżach kościelnych swoje stanowiska urządzali znakomici strzelcy wyborowi 163. Dywizji Piechoty. W Borujsku i Żabinie znajdowały się też doskonale ukryte słynne 88-milimetrowe działa przeciwlotnicze, które skutecznie powstrzymywały polskie czołgi i działa samobieżne.

W lutym 1945 r. Polacy podejmowali lokalne ataki, żeby zająć choćby skraj którejś miejscowości rejonu umocnionego, ale za każdym razem skuteczne niemieckie kontrnatarcia wyrzucały polskich żołnierzy z powrotem na otwarte pole. I Armia WP utknęła więc na tej pozycji, czekając na rozpoczęcie nowej poważniejszej operacji wojennej. Zanim nadszedł czas realizacji Operacji Pomorskiej, 19 lutego 1945 r. doszło do szerzej zakrojonego natarcia, które skończyło się krwawą porażką. Otóż w reakcji na niemiecki atak w kierunku Choszczna i Recza dowództwo 1. Frontu Białoruskiego nakazało polskiej armii nacierać na jej odcinku dla związania sił niemieckich w rejonie Wierzchowa i uniemożliwienia Niemcom przesyłania posiłków do Choszczna i Recza. Na mocy tego rozkazu 19 lutego 1945 r. I AWP wyprowadziła trzy słabo skoordynowane natarcia na Wierzchowo, Żabin i Borujsko. Wszystkie okazały się krwawym fiaskiem i przebiegały według jednakowego schematu: gęstym ogniem karabinów maszynowych Niemcy zmuszali polską piechotę do zalegnięcia, przez co polskie czołgi i działa samobieżne pozbawiane były osłony, następnie niemieckie działa przeciwpancerne i pancerfausty niszczyły polskie maszyny. Tego dnia polska armia straciła aż 700 ludzi, 20 czołgów i dział pancernych[ii].

Następnego dnia po nieudanych natarciach wydano żołnierzom rozkazy do okopywania się. Przez dziesięć następnych dni Polacy poważnie rozbudowali swoje pozycje obronne. Obawiano się, że Niemcy i tutaj mogą spróbować przeciwuderzenia, jak to miało miejsce w rejonie Recza i Choszczna. Budując transzeje, rowy łącznikowe i schrony, polscy żołnierze doczekali 1 marca 1945 r., kiedy to 1. Front Białoruski włączył się do wielkiej operacji ofensywnej: Operacji Pomorskiej. Początkowe godziny walk wskazywały jednak, że nadal dowództwo armii nadal nie ma pomysłu na przełamanie pozycji ryglowej. Powtarzał się schemat z 19 lutego. Były jednak dwie różnice. Po pierwsze: na skrzydłach armii sowieckie dywizje pancerne dokonały głębokich włamań w niemiecką obronę i zmierzały nieuchronnie do zamknięcia kotła w rejonie Świdwina. Ten fakt czynił niemiecki odwrót z pozycji ryglowej tylko kwestią czasu. Po drugie: dzięki zastosowaniu niestandardowej taktyki, 1 marca 1945 r. Polacy zdobyli Borujsko, czyniąc poważny wyłom w zwartej pozycji ryglowej. O tym drugim zdarzeniu opowiada niniejszy artykuł.

Szarza_-_FotoSzarża ułanów 1 Warszawskiej Samodzielnej Brygady Kawalerii. Kadr z propagandowego filmu, zrealizowanego już po zakończeniu II wojny światowej. Fot. z Archiwum Grupy Rekonstrukcji Historycznej 2. pułku ułanów 1. Warszawskiej Brygady Kawalerii (GRH 2. pu 1. WBK).

1 marca 1945 r. pod Borujskiem (dziś Żeńsko, dawniej Schoenfeld) po raz ostatni w dziejach polskiej jazdy zwycięsko szarżowali ułani 1 Warszawskiej Samodzielnej Brygady Kawalerii. O tej bitwie pisałem już w jednej z moich książek oraz opowiadałem na kilku prezentacjach dotyczących walk I Armii Wojska Polskiego. Jednak z dwóch powodów postanowiłem wrócić do tego wyjątkowego epizodu w dziejach naszego regionu. Po pierwsze, właśnie pod naszym Borujskiem, trochę zapomnianym i przemianowanym na Żeńsko, zakończyły się wspaniałe dzieje zwycięskich szarż polskiej jazdy. Ułani 1 Brygady Kawalerii, z których zdecydowana większość służyła zresztą w polskich brygadach kawalerii walczących w wojnie obronnej 1939 r., znakomicie nawiązali do dawnych bitew: pod Orszą, Kircholmem, Rewlem, Chocimiem, Wiedniem, Samosierrą, Iganiami i w wielu innych miejscach. Po drugie, wciąż nie byłem zadowolony z informacji, które miały wyjaśniać niewiarygodny sukces archaicznej kawalerii w konfrontacji z nowoczesną i śmiercionośną bronią obrońców Schoenfelde. Ułani odnieśli sukces tam, gdzie od wielu godzin powodzenia nie mogła osiągnąć piechota wsparta czołgami i artylerią. Przecież jeszcze przed 1939 r. regulaminy Wojska Polskiego zabraniały szarżowania nawet na pojedynczy środek ognia maszynowego. We wrześniowych bitwach ułani walczyli w szyku pieszym, używając konia jedynie jako środka transportowego. Między bajki można (i trzeba!) włożyć opowieści o rzekomym szarżowaniu na czołgi. Tymczasem pod Borujskiem konni żołnierze przedarli się bez większych strat przez pole, które było ostrzeliwane krzyżowym ogniem licznych karabinów maszynowych. Jak to się stało? Dlaczego niemieckie karabiny maszynowe nie zmasakrowały polskich jeźdźców? Na tym właśnie polega zagadka ostatniej szarży!

Pisząc o borujskiej szarży w dotychczasowych publikacjach, idąc śladem innych autorów, wyrażałem przypuszczenie, że po stronie niemieckiej musiała wybuchnąć panika. Szybko zbliżające się sylwetki jeźdźców, wrzeszczących na całe gardło i groźnie wymachujące szablami, musiały wzbudzać grozę nawet wśród doświadczonych niemieckich weteranów karelskiej 163 Dywizji Piechoty. Niemcy przez cały dzień mieli napięte nerwy, powstrzymując uporczywe ataki polskiego 5 pułku piechoty, czołgów i dział pancernych oraz trwając w okopach podczas bombardowań artyleryjskich i lotniczych. A teraz ich oczom ukazał się niewiarygodny widok, o którym dotąd słyszeli tylko w opowieściach swoich dziadków. Relacje uczestników walk mówią, że przerażeni Niemcy wrzeszczeli: „Russische Kosaken! Russische Kosaken!”. Informacje o wybuchu paniki, jako głównej przyczynie powodzenia szarży, znajdziemy min. w rzetelnej książce Antoniego Jasińskiego „Przełamanie Wału Pomorskiego”[ii]. Myślę jednak, że jest to wyjaśnienie niewystarczające. Zaskakujący widok szarżującej kawalerii, to zdecydowanie za mało, żeby swoje stanowiska ogniowe opuścili weterani ze 163 Dywizji Piechoty. Czynnik psychologiczny nie wystarczyłby, musiało istnieć realne zagrożenie.

Rozwiązania zagadki ostatniej szarży postanowiłem poszukać najpierw w terenie. Jadąc ze Złocieńca w kierunku miejsca bitwy, minąłem Żabin i dotarłem do rozwidlenia dróg asfaltowych. Tutaj znajduje się dość skromny pomniczek poświęcony bitwie, przy którym warto się zatrzymać, a może nawet zapalić świeczkę. W prawo wiedzie szosa do Żeńska (dawniej Borujska), a w lewo bardzo zniszczona dawna szosa do Mirosławca. Właśnie ta druga droga miała kluczowe znaczenie w czasie bitwy rozegranej 1 marca 1945 r.

DSC_2468Dawna szosa do Mirosławca podczas śnieżnego marca 2013 r. Fot. J. Leszczełowski.

Mając w pamięci podstawowe informacje o przebiegu walk i rozmieszczeniu wojsk przed bitwą, łatwo domyśleć się, jak ważną rolę musiała odgrywać linia szosy. Wzdłuż drogi rośnie szpaler starych drzew, które nawet jeśli pamiętają 1945 rok, to nie stanowiły wtedy przeszkody w prowadzeniu ognia maszynowego. Gdyby tak było zostałyby wycięte w czasie przygotowania do obrony. Szosa biegnie po niewielkim nasypie, który oferował dodatkową osłonę okopanym za droga Niemcom. Po wschodniej stronie drogi ciągną się bardzo rozległe pola. Gdzieś daleko na wschodzie, w lesie kryje się osada Kąty (Emilienhof, czyli Dwór Emilii), gdzie szykowały się do walki polskie szwadrony. W oddali, na otwartym polu okopany był polski 5 pułk piechoty.

Kiedy stojąc na nasypie szosy, spojrzymy w kierunku wschodnim, ujrzymy prawdziwie imponujący obraz rozległego równego pola. To idealny teren dla strzelca karabinu maszynowego. Doprawdy trudno o lepszą pozycję do prowadzenia skutecznego ostrzału. Czy pokonanie takiego otwartego pola przez kawalerzystów pod ogniem wstrzelanych w teren kaemów mogło zakończyć się sukcesem? Nie, nie mogło. Nawet chwilowa panika strzelców, nie zwiększyłaby istotnie beznadziejnej sytuacji szarżujących jeźdźców. Jak więc to wszystko się odbyło? Poniżej poszukamy odpowiedzi.

DSC_2476Pole położone na wschód od starej szosy do Mirosławca. Taki widok mieli przed sobą strzelcy niemieccy, którzy swoje punkty oporu zorganizowali wzdłuż szosy. Idealne miejsce do prowadzenia skutecznego ognia z broni maszynowej. Fot. J. Leszczełowski.

Po zachodniej stronie szosy pola mamy zgoła inny widok. Pola mają tam stosunkowo niewielką szerokość, gdyż w odległości około 100 metrów ciągną się bardzo głębokie jary, które okalają wieś Żeńsko od zachodu i południa.

Z pomocą kolejnej ilustracji możemy zapoznać się z terenem po tej stronie szosy. Tym razem nie poraża nas rozległa i otwarta przestrzeń, a wręcz przeciwnie: w nieznacznej odległości widać las, który porasta głębokie jary okalające wieś od wschodu. W 1945 r. z szosy widzielibyśmy zabudowania wsi. Jary nie były porośnięte wtedy tak wysokim lasem, który dziś zasłania wieś. Niemieccy strzelcy wyborowi siedzieli na dachach wyższych budynków m.in. gorzelni i skutecznie razili polską piechotę. Ogień z broni maszynowej zlokalizowanej w wiejskich zabudowaniach prowadzony był ponad jarami, co dziś byłoby niemożliwe. Budynki murowane w Borujsku przygotowane były do obrony, a przejścia między nimi zatarasowano. Nawet krótka analiza terenu wskazuje, że rubież szosy powinna zostać obsadzona piechotą, gdyż jej obrona była stosunkowo łatwa. Tak też uczyniono.

drugi skokStosunkowo wąski pas pola, położony między szosą a jarami okalającymi wieś, widok w kierunku północnym. Fot. J. Leszczełowski.

Niemcy przygotowali dwie główne linie obronne. Pierwszą zorganizowano w oparciu o szosę do Mirosławca, za którą ciągnęła się linia okopów z licznymi stanowiskami broni maszynowej. Sposób urządzenia tej rubieży obronnej opisał Zbigniew Flisowski, którego wywody mają dużą wiarygodność, gdyż brał on udział w walkach o Borujsko jako żołnierz 5 pułku piechoty:

„Niemcy – wynikało to już z danych zwiadu i późniejszej inspekcji terenu – mieli linię okopów za szosą, a nadto wiele wnęków dla strzelców przeciwpancernych, którzy nie biorąc właściwie udziału w walce, czekali na moment pojawienia się czołgów i wtedy wchodzili do akcji.”[iv]

Wspomniane wnęki znajdowały się przed szosą i tworzyły swojego rodzaju szachownicę. Każdy strzelec był dobrze zamaskowany i miał do dyspozycji kilka pancerfaustów.

Drugą linię stanowiła ufortyfikowana wieś, w której do obrony przygotowano niemal każdy budynek. Koszmarem dla polskich czołgów były też ukryte tu i ówdzie słynne działa przeciwlotnicze kalibru 88 mm, które sprawdzały się znakomicie jako broń przeciwpancerna.

Pomiędzy linią obronną szosy a umocnioną wsią, na skraju jarów przed Borujskiem, można dziś znaleźć ślady dawnych niemieckich rozproszonych stanowisk ogniowych połączonych transzejami. Zostały one prawdopodobnie przygotowane jako pozycje pośrednie, które obrońcy zajmowaliby przy kontrolowanym odwrocie. Czyli np. 2/3 żołnierzy trwa za szosą a 1/3 cofa się na pozycję pośrednią i ubezpiecza z tych pozycji odwrót kolejnej grupy z głównej pozycji na szosie. W relacjach uczestników bitwy brak jakiejkolwiek wzmianki o walce na skraju jarów. Wskazują one, że Niemcy nie cofali się w sposób zorganizowany i uciekli z pozycji za szosą prosto do wsi. Nie zdążyli już zatem prawdopodobnie wykorzystać pozycji pośrednich.

planMapa przedstawiająca teren bitwy pod Borujskiem. Oprac. J. Leszczełowski.

Zauważmy, że kluczowym celem nacierających Polaków musiało być opanowanie linii szosy. Gdyby udało się zdobyć tę rubież, nasyp dałby atakującym dobrą osłonę i chwilę wytchnienia, przed atakiem w kierunku jarów i wsi. Przestrzeń między szosą a jarami była łatwiejsza do pokonania, a kawalerzyści przeskoczyliby ją błyskawicznie, chowając się potem w głębokich wykrotach. Te wąwozy były oczywiście pewną przeszkodą (zwłaszcza dla czołgów), ale jednocześnie pozwalały na skryte podejście do wsi w celu dokonania bezpośredniego ataku na ufortyfikowane zabudowania, czyli drugą linię obrony. Pozostawało tylko pytanie, jak pokonać otwartą przestrzeń i zdobyć tę szosę?

CIĄG DALSZY NASTĄPI….

[i] Z. Flisowski. Pod Mirosławcem Borujskiem Złocieńcem, Warszawa 1974, s. 73

[ii] A. Jasiński, Przełamanie Wału Pomorskiego, Warszawa 1958 r.

[iii] Z. Flisowski, Pomorze – reportaż z pola walki. Warszawa 1987, s. 85.

[iV] Z. Flisowski, Pomorze-reportaż z pola walki. Warszawa 1987, s. 107.

o historii Mirosławca